poniedziałek, 6 stycznia 2014

Moja zimna wojna- o uporze rodziców i grach 18+


To było coś, co skutecznie psuło prawie każdą wolną chwilę, zmniejszało wartość produktu silniej, niż niewyobrażalnie wysoka inflacja Postanowiłem stawiać opór, z początku czynny, ale po sromotnej klęsce, zmuszony zostałem do rozpoczęcia wojny partyzanckiej. Nie zamierzałem się poddawać, pomimo upadków i wylanych łez, cały czas wierzyłem, że nadejdzie czas, kiedy osiągnę sukces.


Muszę to powiedzieć wprost: moi rodzice różnili się od innych. Nie, nie kolekcjonowali kapsli od butelek, nie kazali mi nosić wykrochmalonego kiltu w każdy sobotni poranek, oraz nie byłem zmuszany do robienia rzeczy, których nie lubiłem(chyba, że była tu mowa o jedzeniu warzyw, dla mnie to zawsze była zbrodnia). Najlepiej opisuje się rzeczywistość na podstawie przykładów. W bardzo młodym wieku gorąco pragnąłem obejrzeć „Władcę Pierścieni”; wiecie, co może być bardziej działającego na zmysły 9 letniego chłopaka niż epickie bitwy i kasujące świadomość efekty specjalne(kiedyś to naprawdę było coś, teraz każdy większy film takie posiada). Ponieważ mój kolega już widział to dzieło Petera Jacksona, uznałem, że nie będzie najmniejszego problemu w przekonaniu moich rodziców. Ależ byłem głupi i naiwny! Parafrazując, odpowiedź na moje płacze i żale brzmiała mniej więcej: „Ty nie jesteś wszyscy!” Jak tu walczyć z taką logiką?
To jednak nie jest w tym wszystkim najważniejsze. Ekranizacja powieści J.R.R Tolkiena była tylko preludium, do czegoś, co dokumentnie rzucało mi kłody pod nogi przez okres młodości. Jeden z moich dawnych znajomych otwarcie wyraził nawet swój żal z powodu mojej sytuacji w domu. Brzmi to tak, jakbym codziennie po powrocie ze szkoły dostawał paskiem po tyłku i był zamykany w komórce o wymiarach 2x2. A wszystko rozchodziło się tylko(i aż!) o PEGI…
Dla niewtajemniczonych: PEGI to system kwalifikowania treści zawartych w grach komputerowych, oraz konsolowych i dający im odpowiednią kategorię wiekową, mającą być sugestią w kwestii dokonywania zakupu. To co dla innych rodziców, a zarazem dla ich pociech było wskazówką, dla moich było wyrocznią, mistycznym guru, bezwzględnie oznajmiającym, w co biedne dziecko, tak podatne na wpływy nierealnego świata gier elektronicznych, może spokojnie katować w wolnym okresie czasu. 
W gry gram od 3 roku życia. Tak przynajmniej mówią rodzice. Lubię wyobrażać sobie siebie, jako małego, grubego brzdąca, który jak tylko nauczył się mówić „mama” i „tata”, zaraz potem mówił „noob”. Byłem i jestem zatem konkretnym maniakiem, który na świecie elektronicznej rozrywki zjadł zęby, wątrobę i dzieciństwo. Dlatego tak bardzo cierpiałem, kiedy doszło do mnie, że nie będę mógł grać we wszystko, o czym przeczytam w nowym numerze „Komputer Świat Gry”. Nikt, kto nie miał bzika na punkcie wirtualnych światów, nie pojmie tego uczucia.
Od czasu, kiedy po raz pierwszy zakupiłem „nielegalnie” grę powyżej sugerowanej kategorii wiekowej, rozpoczął się trwający ponad 6 lat okres w moim życiu, w którym niejednokrotnie czułem się niczym tajny agent, przerzucony za linie wroga. Produkcje takie jak: Assasin’s Creed II, Gears of War, Mortal Kombat, przechodziłem na takich nerwach, jakbym rzeczywiście brał udział w skrytobójczych akcjach. Sprytne chowanie nabytych gier w pustych segregatorach(też mieliście tak, że kupowano wam tylko i wyłącznie pierwszy numer jakiegoś czasopisma z takim dodatkiem, po czym później brakowało cierpliwości na następne? Ja mam chyba z 10 segregatorów i żaden nie jest zapełniony!), miało w sobie coś z ukrywania się w tłumie przechodniów. Szkoda, że w prawdziwym życiu nie ma checkpointów i możliwości szybkiego wczytania ostatni zapisanej gry. Oszczędziłbym sobie tych pełnych wyrzutu spojrzeń i groźnego tonu taty, a już szczególnie ograniczeń w korzystaniu z konsoli. W krytycznych momentach nawet zabierania padów, byleby tylko uniemożliwić mi kontakt ze „złą rozrywką”. Ci, którzy mają podobnych rodziców, chodź ja i tak uważam, że moi pod tym, jak i pod wieloma innymi względami są jedyni w swoim rodzaju, mogą potwierdzić, że nerwowe wsłuchiwanie się w kroki za drzwiami, podnosi ciśnienie lepiej niż niejeden kiepski horror.
Wbrew wszelkim pozorom i tego lekko nostalgicznego nastroju wcale nie tęsknie za tymi czasami. Musiałem sprzedać niektóre gry, którym zdarzyło się „wpaść”; niektórych nigdy nie ukończyłem, bo najzwyczajniej w świecie było to męczące(do dziś nie mogę odżałować GTA IV i Wiedźmina 2). Tym bardziej potrafię docenić to co mam. Już nie martwię się kwestią przemytu gry i przechowywania jej pośród zakurzonych książek. Teraz, po wielu latach, nareszcie zacząłem dobrze się bawić, także w gry z oznaczeniem 18+.No!  Skoro tutaj sprawa przybrała pożądany obrót, nadszedł czas na nielegalne przechowywanie mocnych alkoholi!  
Ci mali dranie potrafili skutecznie napsuć krew każdemu małoletniemu graczowi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz