piątek, 31 stycznia 2014

Kac po przerwie

Czy przerwy międzyszkolne mają na nas dobry wpływ?
   Słowo wstępu, abyście mnie nie zlinczowali, albo co gorsza, przestali odwiedzać blog. Jestem leniem kanapowym. Jeżeli zmuszony jestem do gwałtownego i nieprzewidzianego wysiłku to zazwyczaj dopadają mnie niekontrolowane drgawki, toczę brunatną pianę z ust, bądź płaczę, niczym mała dziewczynka(dobra, trochę przesadziłem, kończy się raczej na standardowym "zaraz!"). Dlatego wyglądam  każdego przedłużenia weekendowej swobody  jak kania dżdżu.
   Problem polega na tym, że jak dobrze wiemy wszystko co dobre kiedyś się kończy. I nawet najbardziej epickie wakacje zmieniają się w końcu w dziesięciomiesięczny bieg z przeszkodami. W trakcie tego maratonu nie raz i nie dwa(jednak stanowczo za rzadko!) zdarzają się nam, biednym uczniom, chwile wytchnienia. Święta Bożego narodzenia, ferie zimowe, Wielkanoc i tak dalej. Czy jednak takie wybijanie z rytmu codziennego wstawania, jedzenia tych samych płatków i kroczenia tą samą drogą do szkoły nie czyni nam większej krzywdy?
   Osobiście przeżyłem coś takiego po przerwie grudniowo-styczniowej. W najcięższym okresie między wrześniem a Gwiazdką trzymałem się dzielnie postanowienia, wedle którego miałem nie narzekać na konieczność pobudki o nieludzkiej godzinie, co najmniej do listopada. I byłem z siebie taki dumny, że już grudzień, a ja nadal odnajduję w sobie siły na codzienne otwieranie niewyspanych oczu. Nastąpił wreszcie moment nieskrępowanej laby, w trakcie której mogłem spokojnie regenerować utracone siły  do dziewiątej(nienormalna godzina dla wszystkich wstających po trzydziestym pierwszym czerwca-ktoś się nie zgodzi?). Jednak ponowne nauczenie się rutyny dnia powszechnego było już zdecydowanie trudniejsze. Rzuciwszy okiem na kalendarz i przeanalizowawszy rozmieszczenie dni wolnych od szkoły, prawdopodobnie mój umysł podświadomie doszedł do wniosku, że teraz może z siebie wyciskać o jakieś trzydzieści procent mniej. I odczuwałem to każdego dnia(bądź nocy, bo o 6 rano za oknami było ciemno), kiedy rozstanie z łóżkiem było tak bolesne, jak zerwanie związku. W czym zatem tkwił problem?
   Oczywistym wytłumaczeniem może być mój biologiczny zegar. Logiczne, przez długi okres nie podrywałem się co dnia, ani nie motywowałem się mrożącym krew w żyłach wrzaskiem, przez co ciało poczuło odrobinę luzu i już zaczęło brykać, niczym nastolatek w rui. A kiedy codzienna rutyna dała o sobie znać, nastąpił bunt i rebelia.
   Z drugiej strony, może być to wina systemu-WSZYTKO CO ZŁE TO PRZEZ SYTEM!!!. A tak bardziej poważnie, uczniów powinno się wprowadzać w rytm powoli, bez nagłego skoku na głęboką wodę. W ostatnie dni wakacji mamy więcej czasu na oswojenie się ze smutną perspektywą powrotu do szarej rzeczywistości. Czy ktokolwiek myśli o oswajaniu się w trakcie dwutygodniowej przerwy? Ci co się zgłosili niech przestaną kłamać! Nikt o tym nie myśli, bo trzeba podładować baterię jak najszybciej się da. A gdyby szkoła dawała nam jeszcze jeden dzień na pół gwizdka? Nie byłoby to lepsze?
   Oczywiście, moja wizja wygląda bardzo zachęcająco, jednak jest niemożliwa do spełnienia. Powód? Napięty do granic wytrzymałości kalendarz zajęć, który jest nieelastyczny i nieodporny na jakiekolwiek nowatorskie rozwiązania. Cóż, nie wiem jak wy, ale ja już się szykuje na rewolucję w dniu 17 lutego!
   PS. Pomimo mojej absencji w pierwszym tygodniu ferii mogę was zapewnić, że na moim blogu będą się pojawiać nowe wpisy, dlatego zachęcam również do odwiedzania w przerwie pomiędzy szusowaniem po stoku. W dodatku w lutym zamierzam wystartować z nowym projektem na Facebook'u, do którego mam nadzieję dołączycie. Więcej informacji w przyszłym tygodniu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz