Jak każdy maturzysta przystępujący w
tym roku do egzaminu dojrzałości ze zniecierpliwieniem czekam na
nadchodzący egzamin ustny. Zabrzmiało wiarygodnie? Dobra, nie będę
kłamał- trzęsę się jak galareta chora na ADHD. Nic więc
dziwnego, że pod wpływem niepokoju, który niczym wredny gremlin
zalągł się gdzieś w zakamarkach umysłu, moja podświadomość
tworzy wyjątkowo niesympatyczne projekcje, które swoje największe
ujście znajduję się w rzeczywistości sennej.
W moim śnie siedzę sobie spokojnie w
szatni ubrany w garnitur, oczekując na egzamin ustny. Jestem pierwszy na liście kadydatów do
odpytki. Czuję się niczym odkrywca, jak Lawrence z Arabii, jak
wąsaty poszukiwacz przygód wyrąbujący sobie maczetą drogę przez
dżunglę, który niezmordowanie prze do przodu, aby stawiać czoła wyzwaniom. W tej części snu jestem dumny, gotowy na wszystko, nawet
na to, aby gołymi rękami walczyć z komisją. Wyobrażam ją sobie
jak grupkę podstępnych czarownic z „Makbeta” gotowych w jednej
chwili, za pomocą jednego pytania, zrzucić mnie w czeluść
sierpniowych poprawek. Ja jednak, jako niezniszczalny tytan, samą
siłą woli jestem w stanie im się oprzeć, a nawet zmusić do
płaczu i przyznania się do błędu. Następnie, w tym małym śnie we śnie, wychodzę z klasy i od razu zostaję zalany lukratywnymi ofertami pracy, które w większości polegają na leżeniu na plaży.
Pławiąc się w tej niekończącej się
autoadoracji nie dostrzegam, kiedy ktoś otwiera drzwi do szatni. A
tam widok dosyć niespotykany. Oto próg mojej świątyni dumania
przekraczają żałobnicy. Moja nauczycielka od polskiego, inni
członkowie grona pedagogicznego, sprzątaczki, a nawet nauczyciel od
WF-u, który specjalnie na tę okazję założył czarny dres. Reszta
ubrana jest w sposób przywołujący skojarzenia z narodową
katastrofą. Wiecie, czarne woalki, czarne koszule pod czarnymi
garniturami, do kompletu jeszcze czarne krawaty. Niektórzy nawet
włosy pomalowali na czarno. Ekipa, niczym ze zlotu emo z całego
świata, niesie dodatkowo kwiaty, no zgadnijcie jakie? Oczywiście,
chryzantemy! Ale nie normalne, czarne oczywiście. Smutek jaki
bije z ich twarzy jest równie przerażający, jak i komiczny. Oto
ludzie, którzy jeszcze całkiem niedawno próbowali mnie
zmobilizować od działania, teraz przynoszą mi wieniec pogrzebowy
pod katafalk.... Katafalk? Cholera! Jak ja się tu znalazłem? Cóż,
dziwne. Ni stąd, ni zowąd nie siedzę już na ławce, ale spoczywam
w pozycji leżącej na katafalku oczekuje na księdza, trumnę i
wieczne odpoczywanie. Racz mi dać Panie siły na pokonanie tej
chandry i strachu! Zrywam się zatem z katafalku, rozgniatam
lakierkami kwiaty i rozpycham się wśród tłumu. Oni płaczą
widząc, że jeszcze ciągle wierzę. Przynajmniej tak mi się wydaje
we śnie.
Oniryczna rzeczywistość nie daje mi
spokoju i deformuje kolejne elementy ze szkolnego życia. Na przykład
korytarz, który normalnie miał wiele odchodzących dróg, teraz
przypomina wąski, ciemny tunel, z rodzaju tych, które widzi się,
kiedy to dusza oddziela się od ciała pędząc w stronę łona
Abrahama. Na samym końcu mojej drogi powoli przebija się światełko.
Na moje nieszczęście nie jest to pociąg pośpieszny Intercity,
pędzący do Gdańska w jedyne dwie godziny, a poświata
wydobywająca się spod drzwi prowadzących do klasy. Cóż, a więc
to czuję gladiator, przed wyjściem na arenę. Rewolucja
październikowa w żołądku i ruchy przypominające chorobę św.
Wita. Ale dlaczego ja tak panikuje! Kurde, przecież ci tam za
drzwiami to nie banda psychopatów, złakniona mojej krwi, a jedynie
dwie znudzone nauczycielki, które są równie zainteresowane
egzaminem, jak problemem mniejszości seksualnych w Ugandzie. Dodając
sobie otuchy sięgam ręką do klamki i otwieram wrota. Hmm dziwne... Wcześniej zdawały się to być jedynie zwyczajne drzwi, teraz
przypominają raczej portal z gotyckiego koszmaru. Wystające
kolce, chropawy kamień, przypominający ścianę gnijącego lochu,
ohydna sprawa. W dłoni nie trzymam już klamki a wielką żelazną
obręcz. Na moją twarz patrz zaś paskudny rzygacz, będący chyba w
czymś rodzaju judasza. Czasem zadaję sobie pytanie, skąd mój mózg
bierze te wszystkie pomysły?
W tym momencie sen powoli zaczyna
zamieniać się w koszmar. A konkretniej w momencie, w którym
dostrzegam członków komisji. Niestety, nie są to znudzone panie z
zaprzyjaźnionego liceum, a osoby z mojego najgorszego koszmaru.
Pierwszym egzaminatorem jest nie kto inny niż Jerzy Bralczyk.
Wiecie, człowiek, który z języka polskiego uczynił swój sposób
na życie, swoją wizytówkę. W słowniku, który pewnie on sam
napisał, pod hasłem „język” prawdopodobnie jest jego zdjęcie.
Obok niego siedzi moja druga zmora. Nie znam jej z imienia. Nie
muszę. Wystarczy, że moja podświadomość podsunęła mi
odpowiedź. To młoda polonistka. Ta o lewicowych poglądach,
rozkochana w doktrynie feministycznej, otwarcie gardząca wyższą
literaturą i programem szkolnym na rzecz awangardowych czytadełek,
których autorki(koniecznie forma żeńska) przelewają na papier
niezwykle głębokie myśli, pełne pogardy dla patriarchatycznego
porządku świata i gloryfikująca pod niebiosa twórczość
Kazimiery Szczuki. Mogę się założyć, że Gallileusz miał
łatwiejsze zadanie, kiedy bronił swoich tez przed sądem Watykanu.
On przynajmniej miał za sobą wielką mądrość i pewność
przekonań. Ja miałem jedynie pustkę w głowie i strach rozlewający
się po sercu. Moje nogi stają się jak z betonu. Sztywno zbliżam
się do biurka. „Aaa, witaj, młody człowieku”- zwraca się do
mnie kurtuazyjnie Bralczyk- „Zaraz sssprawdzimy czego się
nauczyłeśśś w ciągu tych trzech lat”. Mówi to głosem
Mefistofelesa, który zaraz ma podać do podpisania cyrograf. Aby
spotęgować diabelski efekt zza jego zębów wystaje gadzi język,
taki z przeciętą końcówką. „Hah, no i przyszedł nasz młody
inteligent, zaraz zobaczymy, czego go tam nauczyli w tym
ciemnogrodzie”- wyskrzeczała Wielka Oświecona. „Proszę siadaj,
masz piętnaście minut na przygotowanie”- powiedział
językoznawca- Faust, wskazując mi biurko. Nadal czekałem na
wylosowanie tematu, okazało się jednak, że został on już
wybrany. „Czas start”- powiedziała egzaminatorka obracając
klepsydrę. „A więc tak wygląda przedsionek piekła”-
pomyślalem.
Dobry Boże! Gdyby to był chociaż
obraz, nawet ten najgłupszy! Gdyby to był wycinek tekstu, nawet z
„Chłopów” Reymonta! Niestety, był to temat językowy i to na
dodatek ewidentnie spłodzony na pohybel maturzystom. Na
śnieżnobiałej kartce litery głoszące moją klęskę układały
się w taką oto treść: „Współczesne trendy w języku młodzieży
z przykładami z literatury współczesnej i własnych doświadczeń”.
Mój organizm zareagował, jak epileptyk na stroboskop. Mało
brakowało, spadłbym z krzesła i wyrżnął głową w brudne
klepisko, w jakie zmieniła się podłoga. Siedziałem na krześle,
jak skazaniec w celi śmierci. Nagle, jak to się dzieje we śnie,
faktycznie znalazłem się w takiej celi. Ubrany jestem w
pomarańczowy drelich, ręce mam wydziarane jak typowy kryminalista-
zamiast jednak latynoskich panienek moje ramiona zdobią ściągi z
języka polskiego. Gorzej niż z „Prison Break”. Niestety nie mam
lustra, aby obejrzeć swoich pleców. Może mam tam wytatuowane
tablice matematyczne? Dalsze odkrywanie swoich szczegółów
anatomicznych przerywa mi wkroczenie do mojej celi zakapturzonego
giganta, który najprawdopodobniej jest moim katem. Obok niego stoi
chudziutki i drobniutki ksiądz, który cały czas drży, niczym
piesek chihuahua. Odczytany zostaje wyrok. Za kujoństwo,
bezpodstawną wiarę we własne możliwości i posługiwanie się
wysokim językiem w życiu codziennym zostałem skazany na śmierć,
przez zamienienie w pieczeń na krześle elektrycznym. Ksiądz walnął
szybkie rozgrzeszenie, znając już wcześniej moje grzechy.
Oszołomiony jestem ciągnięty po posadzce w stronę miejsca kaźni.
Staram się rzucać i stawiać opór, przypomina to niestety nierówną
walkę bożonarodzeniowego karpia z syntetyczną siatką z marketu.
Bliski płaczu zostaję usadzony na krześle. Zamykam oczy i zaczynam
płakać, jak mała dziewczynka.
Kiedy otwieram oczy sytuacja ponownie
zmienia się w jak w kalejdoskopie. Już nie siedzę na kombinacji
tostera i fotela, ani nie jestem też w klasie. Sceneria przypomina
raczej posterunek milicji z lat 60. Wiecie, duży stół,
pomieszczenie bez okien, odrapane ściany. I ta jedna, jedyna lampa w
całym pomieszczeniu. Na razie zwisa ona spokojnie, dając niejasny
obraz sytuacji. W półmroku dostrzegam moich egzaminatorów. Oni
również ulegli zmianie. Już nie mają demonicznej aparycji, co z
jednej strony mnie cieszy. Z drugiej jednak ubrani są w tandetne
prochowce, palą papierosy i wpatrują się we mnie bez przerwy.
Zaczynam się czuć, jak w jakiejś komedii pomyłek. Dodatkowo
kiepskiej- przesłuchanie jako rozmowa egzaminacyjna. Banał, który
wymyśliło by nawet nieobeznane z literaturą dziecko. Dziękuje
umyśle, trzeba było się bardziej postarać! Na całe szczęście z
tej autokrytyki wyrywa mnie rąbnięcie pięścią w stół: „W
sobie nie róbcie ze mnie żartów Cholewa!”- wykrzykuje Jerzy
Bralczyk, wpatrując się we mnie jak w zagrażającego systemowi
totalitarnemu dysydenta- „Wiemy, jak wiele poświęciliście na
naukę. Te setki godzin czytania literatury, chodzenie na dodatkowe
zajęcia, skrobanie notatek po nocach. Myślicie, że nas
nabierzecie? Że niby nic nie umiecie? Uwierzcie mi, my już wszystko
wiemy, już was wydali wcześniej, teraz tylko musicie nam powiedzieć
coś na potwierdzenie ich wersji wydarzeń”. Po tych słowach
zapada przerażająca, głucha cisza. Nie mam bladego pojęcia o
trendach w najnowszym języku. Przecież nawet jak rozmawiam ze
znajomymi to nie inaczej niż renesansową polszczyzną.
„Przecież wiemy, że czytaliście
Ewę Nowak, że macie jakie takie pojęcie na temat młodzieżowego
języka. Mamy świadków, którzy potwierdzą używanie slangu. No
nie macie się czego wstydzić”- łagodnie starała się mnie
nakłonić do współpracy młoda polonistka. Już prawie się
przełamałem, już z moich ust miało wyjść pseudoangielskie
słownictwo, pełne skrótowców i elips. Jednak coś po prostu mnie
zatkało. „No dalej, wyduś z siebie chociaż małe „Elo!””-
próbowałem się zmobilizować. Na próżno
A więc tak, no dobra, nie chcesz po
dobroci, no to nie”- z szerokim uśmiechem powiedział Bralczyk.
Już to widziałem oczami wyobraźni. Niezdana matura,
wydziedziczenie przez ojca, złamana nieistniejąca kariera i życie
do końca swoich dni w przyczepie kempingowej, z brzydką żoną,
dwoma przygłupimi bachorami i monstrualnym mięśniem piwnym. Od
skamlenia o litość wyratowała mnie chyba jedynie interwencja
lepszej części mojej osobowości, albo Boga, który zdecydował się
zesłać do snu Deus ex machine.
Bo o to drzwi do pokoju przesłuchań gwałtownie wylatują z
zawiasów, a bijąca z nich światłość oślepia nas wszystkich.
„Stójcie!”- rozlega się głos potężny jak trąba jerychońska-
„Ja znam tego młodego człowieka, ja wiem, jak wiele przepracował,
nie macie prawa go uwalić!”. Zza boskiej poświaty wychodzi on,
wieszcz, mistrz, kudłaty jak litewski łoś. Adam Mickiewicz. „Haa!
Stary głupcze! Ty nie masz tu żadnej władzy! Nawet twoja twórczość
już dawno jest martwa! Żaden pomnik ze spiżu, jeno kupa gruzów,
zgniecionych przez monument nowoczesności i awangardy!”- zaczęła
wić się i pluć jak opętana pani egzaminator. „Ja martwy?! O
nie, ja żyję! Pokaż im synu”.- zwrócił się do mnie. Czując
powracającą euforię i pewność siebie wstałem i zaczerpnąwszy
powietrza rzekłem: Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie, ile
trzeba cenić ten tylko się dowie, kto Cię stracił!” Słowa tej
pieśni, wiecznie żyjącej w polskiej piersi sprawiły, że siły
zła z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej rozpłynęły się jak zły
sen.
W tym
momencie obudziłem się. Na całe szczęście, bo jeszcze nie daj
Boże Mickiewicz zacząłby przepytywać mnie, jak dalej szła
inwokacja. Tak oto kończy się ta historia. Jak powiedział klasyk:
„Koniec i bomba, a kto przeczytał ten trąba”. Dziękuje za
uwagę i pamiętajcie: Niech Mickiewicz będzie z wami!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz