środa, 20 maja 2015

Chichot hieny #1- Matura nie taka straszna, jak ją malują!

Jak każdy maturzysta przystępujący w tym roku do egzaminu dojrzałości ze zniecierpliwieniem czekam na nadchodzący egzamin ustny. Zabrzmiało wiarygodnie? Dobra, nie będę kłamał- trzęsę się jak galareta chora na ADHD. Nic więc dziwnego, że pod wpływem niepokoju, który niczym wredny gremlin zalągł się gdzieś w zakamarkach umysłu, moja podświadomość tworzy wyjątkowo niesympatyczne projekcje, które swoje największe ujście znajduję się w rzeczywistości sennej.

W moim śnie siedzę sobie spokojnie w szatni ubrany w garnitur, oczekując na egzamin ustny. Jestem pierwszy na liście kadydatów do odpytki. Czuję się niczym odkrywca, jak Lawrence z Arabii, jak wąsaty poszukiwacz przygód wyrąbujący sobie maczetą drogę przez dżunglę, który niezmordowanie prze do przodu, aby stawiać czoła wyzwaniom. W tej części snu jestem dumny, gotowy na wszystko, nawet na to, aby gołymi rękami walczyć z komisją. Wyobrażam ją sobie jak grupkę podstępnych czarownic z „Makbeta” gotowych w jednej chwili, za pomocą jednego pytania, zrzucić mnie w czeluść sierpniowych poprawek. Ja jednak, jako niezniszczalny tytan, samą siłą woli jestem w stanie im się oprzeć, a nawet zmusić do płaczu i przyznania się do błędu. Następnie, w tym małym śnie we śnie, wychodzę z klasy i od razu zostaję zalany lukratywnymi ofertami pracy, które w większości polegają na leżeniu na plaży.

Pławiąc się w tej niekończącej się autoadoracji nie dostrzegam, kiedy ktoś otwiera drzwi do szatni. A tam widok dosyć niespotykany. Oto próg mojej świątyni dumania przekraczają żałobnicy. Moja nauczycielka od polskiego, inni członkowie grona pedagogicznego, sprzątaczki, a nawet nauczyciel od WF-u, który specjalnie na tę okazję założył czarny dres. Reszta ubrana jest w sposób przywołujący skojarzenia z narodową katastrofą. Wiecie, czarne woalki, czarne koszule pod czarnymi garniturami, do kompletu jeszcze czarne krawaty. Niektórzy nawet włosy pomalowali na czarno. Ekipa, niczym ze zlotu emo z całego świata, niesie dodatkowo kwiaty, no zgadnijcie jakie? Oczywiście, chryzantemy! Ale nie normalne, czarne oczywiście. Smutek jaki bije z ich twarzy jest równie przerażający, jak i komiczny. Oto ludzie, którzy jeszcze całkiem niedawno próbowali mnie zmobilizować od działania, teraz przynoszą mi wieniec pogrzebowy pod katafalk.... Katafalk? Cholera! Jak ja się tu znalazłem? Cóż, dziwne. Ni stąd, ni zowąd nie siedzę już na ławce, ale spoczywam w pozycji leżącej na katafalku oczekuje na księdza, trumnę i wieczne odpoczywanie. Racz mi dać Panie siły na pokonanie tej chandry i strachu! Zrywam się zatem z katafalku, rozgniatam lakierkami kwiaty i rozpycham się wśród tłumu. Oni płaczą widząc, że jeszcze ciągle wierzę. Przynajmniej tak mi się wydaje we śnie.

Oniryczna rzeczywistość nie daje mi spokoju i deformuje kolejne elementy ze szkolnego życia. Na przykład korytarz, który normalnie miał wiele odchodzących dróg, teraz przypomina wąski, ciemny tunel, z rodzaju tych, które widzi się, kiedy to dusza oddziela się od ciała pędząc w stronę łona Abrahama. Na samym końcu mojej drogi powoli przebija się światełko. Na moje nieszczęście nie jest to pociąg pośpieszny Intercity, pędzący do Gdańska w jedyne dwie godziny, a  poświata wydobywająca się spod drzwi prowadzących do klasy. Cóż, a więc to czuję gladiator, przed wyjściem na arenę. Rewolucja październikowa w żołądku i ruchy przypominające chorobę św. Wita. Ale dlaczego ja tak panikuje! Kurde, przecież ci tam za drzwiami to nie banda psychopatów, złakniona mojej krwi, a jedynie dwie znudzone nauczycielki, które są równie zainteresowane egzaminem, jak problemem mniejszości seksualnych w Ugandzie. Dodając sobie otuchy sięgam ręką do klamki i otwieram wrota. Hmm dziwne... Wcześniej zdawały się to być jedynie zwyczajne drzwi, teraz przypominają raczej portal z gotyckiego koszmaru. Wystające kolce, chropawy kamień, przypominający ścianę gnijącego lochu, ohydna sprawa. W dłoni nie trzymam już klamki a wielką żelazną obręcz. Na moją twarz patrz zaś paskudny rzygacz, będący chyba w czymś rodzaju judasza. Czasem zadaję sobie pytanie, skąd mój mózg bierze te wszystkie pomysły?

W tym momencie sen powoli zaczyna zamieniać się w koszmar. A konkretniej w momencie, w którym dostrzegam członków komisji. Niestety, nie są to znudzone panie z zaprzyjaźnionego liceum, a osoby z mojego najgorszego koszmaru. Pierwszym egzaminatorem jest nie kto inny niż Jerzy Bralczyk. Wiecie, człowiek, który z języka polskiego uczynił swój sposób na życie, swoją wizytówkę. W słowniku, który pewnie on sam napisał, pod hasłem „język” prawdopodobnie jest jego zdjęcie. Obok niego siedzi moja druga zmora. Nie znam jej z imienia. Nie muszę. Wystarczy, że moja podświadomość podsunęła mi odpowiedź. To młoda polonistka. Ta o lewicowych poglądach, rozkochana w doktrynie feministycznej, otwarcie gardząca wyższą literaturą i programem szkolnym na rzecz awangardowych czytadełek, których autorki(koniecznie forma żeńska) przelewają na papier niezwykle głębokie myśli, pełne pogardy dla patriarchatycznego porządku świata i gloryfikująca pod niebiosa twórczość Kazimiery Szczuki. Mogę się założyć, że Gallileusz miał łatwiejsze zadanie, kiedy bronił swoich tez przed sądem Watykanu. On przynajmniej miał za sobą wielką mądrość i pewność przekonań. Ja miałem jedynie pustkę w głowie i strach rozlewający się po sercu. Moje nogi stają się jak z betonu. Sztywno zbliżam się do biurka. „Aaa, witaj, młody człowieku”- zwraca się do mnie kurtuazyjnie Bralczyk- „Zaraz sssprawdzimy czego się nauczyłeśśś w ciągu tych trzech lat”. Mówi to głosem Mefistofelesa, który zaraz ma podać do podpisania cyrograf. Aby spotęgować diabelski efekt zza jego zębów wystaje gadzi język, taki z przeciętą końcówką. „Hah, no i przyszedł nasz młody inteligent, zaraz zobaczymy, czego go tam nauczyli w tym ciemnogrodzie”- wyskrzeczała Wielka Oświecona. „Proszę siadaj, masz piętnaście minut na przygotowanie”- powiedział językoznawca- Faust, wskazując mi biurko. Nadal czekałem na wylosowanie tematu, okazało się jednak, że został on już wybrany. „Czas start”- powiedziała egzaminatorka obracając klepsydrę. „A więc tak wygląda przedsionek piekła”- pomyślalem.


Dobry Boże! Gdyby to był chociaż obraz, nawet ten najgłupszy! Gdyby to był wycinek tekstu, nawet z „Chłopów” Reymonta! Niestety, był to temat językowy i to na dodatek ewidentnie spłodzony na pohybel maturzystom. Na śnieżnobiałej kartce litery głoszące moją klęskę układały się w taką oto treść: „Współczesne trendy w języku młodzieży z przykładami z literatury współczesnej i własnych doświadczeń”. Mój organizm zareagował, jak epileptyk na stroboskop. Mało brakowało, spadłbym z krzesła i wyrżnął głową w brudne klepisko, w jakie zmieniła się podłoga. Siedziałem na krześle, jak skazaniec w celi śmierci. Nagle, jak to się dzieje we śnie, faktycznie znalazłem się w takiej celi. Ubrany jestem w pomarańczowy drelich, ręce mam wydziarane jak typowy kryminalista- zamiast jednak latynoskich panienek moje ramiona zdobią ściągi z języka polskiego. Gorzej niż z „Prison Break”. Niestety nie mam lustra, aby obejrzeć swoich pleców. Może mam tam wytatuowane tablice matematyczne? Dalsze odkrywanie swoich szczegółów anatomicznych przerywa mi wkroczenie do mojej celi zakapturzonego giganta, który najprawdopodobniej jest moim katem. Obok niego stoi chudziutki i drobniutki ksiądz, który cały czas drży, niczym piesek chihuahua. Odczytany zostaje wyrok. Za kujoństwo, bezpodstawną wiarę we własne możliwości i posługiwanie się wysokim językiem w życiu codziennym zostałem skazany na śmierć, przez zamienienie w pieczeń na krześle elektrycznym. Ksiądz walnął szybkie rozgrzeszenie, znając już wcześniej moje grzechy. Oszołomiony jestem ciągnięty po posadzce w stronę miejsca kaźni. Staram się rzucać i stawiać opór, przypomina to niestety nierówną walkę bożonarodzeniowego karpia z syntetyczną siatką z marketu. Bliski płaczu zostaję usadzony na krześle. Zamykam oczy i zaczynam płakać, jak mała dziewczynka.

Kiedy otwieram oczy sytuacja ponownie zmienia się w jak w kalejdoskopie. Już nie siedzę na kombinacji tostera i fotela, ani nie jestem też w klasie. Sceneria przypomina raczej posterunek milicji z lat 60. Wiecie, duży stół, pomieszczenie bez okien, odrapane ściany. I ta jedna, jedyna lampa w całym pomieszczeniu. Na razie zwisa ona spokojnie, dając niejasny obraz sytuacji. W półmroku dostrzegam moich egzaminatorów. Oni również ulegli zmianie. Już nie mają demonicznej aparycji, co z jednej strony mnie cieszy. Z drugiej jednak ubrani są w tandetne prochowce, palą papierosy i wpatrują się we mnie bez przerwy. Zaczynam się czuć, jak w jakiejś komedii pomyłek. Dodatkowo kiepskiej- przesłuchanie jako rozmowa egzaminacyjna. Banał, który wymyśliło by nawet nieobeznane z literaturą dziecko. Dziękuje umyśle, trzeba było się bardziej postarać! Na całe szczęście z tej autokrytyki wyrywa mnie rąbnięcie pięścią w stół: „W sobie nie róbcie ze mnie żartów Cholewa!”- wykrzykuje Jerzy Bralczyk, wpatrując się we mnie jak w zagrażającego systemowi totalitarnemu dysydenta- „Wiemy, jak wiele poświęciliście na naukę. Te setki godzin czytania literatury, chodzenie na dodatkowe zajęcia, skrobanie notatek po nocach. Myślicie, że nas nabierzecie? Że niby nic nie umiecie? Uwierzcie mi, my już wszystko wiemy, już was wydali wcześniej, teraz tylko musicie nam powiedzieć coś na potwierdzenie ich wersji wydarzeń”. Po tych słowach zapada przerażająca, głucha cisza. Nie mam bladego pojęcia o trendach w najnowszym języku. Przecież nawet jak rozmawiam ze znajomymi to nie inaczej niż renesansową polszczyzną.
„Przecież wiemy, że czytaliście Ewę Nowak, że macie jakie takie pojęcie na temat młodzieżowego języka. Mamy świadków, którzy potwierdzą używanie slangu. No nie macie się czego wstydzić”- łagodnie starała się mnie nakłonić do współpracy młoda polonistka. Już prawie się przełamałem, już z moich ust miało wyjść pseudoangielskie słownictwo, pełne skrótowców i elips. Jednak coś po prostu mnie zatkało. „No dalej, wyduś z siebie chociaż małe „Elo!””- próbowałem się zmobilizować. Na próżno

A więc tak, no dobra, nie chcesz po dobroci, no to nie”- z szerokim uśmiechem powiedział Bralczyk. Już to widziałem oczami wyobraźni. Niezdana matura, wydziedziczenie przez ojca, złamana nieistniejąca kariera i życie do końca swoich dni w przyczepie kempingowej, z brzydką żoną, dwoma przygłupimi bachorami i monstrualnym mięśniem piwnym. Od skamlenia o litość wyratowała mnie chyba jedynie interwencja lepszej części mojej osobowości, albo Boga, który zdecydował się zesłać do snu Deus ex machine. Bo o to drzwi do pokoju przesłuchań gwałtownie wylatują z zawiasów, a bijąca z nich światłość oślepia nas wszystkich. „Stójcie!”- rozlega się głos potężny jak trąba jerychońska- „Ja znam tego młodego człowieka, ja wiem, jak wiele przepracował, nie macie prawa go uwalić!”. Zza boskiej poświaty wychodzi on, wieszcz, mistrz, kudłaty jak litewski łoś. Adam Mickiewicz. „Haa! Stary głupcze! Ty nie masz tu żadnej władzy! Nawet twoja twórczość już dawno jest martwa! Żaden pomnik ze spiżu, jeno kupa gruzów, zgniecionych przez monument nowoczesności i awangardy!”- zaczęła wić się i pluć jak opętana pani egzaminator. „Ja martwy?! O nie, ja żyję! Pokaż im synu”.- zwrócił się do mnie. Czując powracającą euforię i pewność siebie wstałem i zaczerpnąwszy powietrza rzekłem: Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie, ile trzeba cenić ten tylko się dowie, kto Cię stracił!” Słowa tej pieśni, wiecznie żyjącej w polskiej piersi sprawiły, że siły zła z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej rozpłynęły się jak zły sen.

W tym momencie obudziłem się. Na całe szczęście, bo jeszcze nie daj Boże Mickiewicz zacząłby przepytywać mnie, jak dalej szła inwokacja. Tak oto kończy się ta historia. Jak powiedział klasyk: „Koniec i bomba, a kto przeczytał ten trąba”. Dziękuje za uwagę i pamiętajcie: Niech Mickiewicz będzie z wami! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz