Towarzysz
Cholewa jest wielce uradowany! Nareszcie! Nareszcie koniec!
Obudził
się tego dnia wielce uradowany. Za oknem słoneczko świeciło aż
miło, ptaszki ćwierkały. Wokół była błoga cisza. Zwłaszcza ta
wyborcza. Telewizja nareszcie przestała wszystkich dookoła
bombardować kolejnymi informacjami: nie było już sondażów,
wywiadów, spotkań z górnikami, mleczarzami i rosyjską mafią. Na
te 24 godziny kandydaci zniknęli z radarów, a raczej trzeba
powiedzieć, że zostali z nich usunięci zgodnie z literą prawa.
Przynajmniej raz polskie prawo dobrze się spisało!
Był to
dzień wyborów, także dla Towarzysza Cholewy. Już od momentu kiedy
otworzył oczy musiał on wybierać. Najpierw wybierał pomiędzy
kolorem skarpetek. Z jednej strony kusiła go możliwość wyboru
tych szarych, dobrze znanych i już znoszonych, z drugiej zaczynały
już one trochę śmierdzieć i bądź co bądź zdecydowanie już
nie pasowały stylistycznie do niczego. Na przeciwległym biegunie
leżały zaś kłujące oczy jasnożółte wybryki tekstylnej natury,
zakupione przez mamę naszego dzielnego Towarzysza dla uczczenia
jednej z rocznic jego urodzin. Te z kolei, choć zdecydowanie były w
opozycji do tych szarych i nudnych, to jednak wydawały się naszemu
protagoniście zbyt radykalnym rozwiązaniem jak na niedzielny dzień.
Zdecydował się więc on na granatowe cudeńka, coś pomiędzy
znanym materiałem, a odrobiną kolorytu i zszedł tryumfalnie na
dół. Tam oczywiście pojawiły się kolejne wybory: co zjeść na
śniadanie, co obejrzeć w telewizorku, pójść pracować już
teraz, czy może zostawić wszystko na wieczór. Tak, dzień
Towarzysza Cholewy wydawał się być wprost przepełniony wyborami.
Wszystko
byłoby wspaniałe, gdyby nie fakt, że w trakcie wybierania pomiędzy
pączkiem a eklerkiem, Towarzysz Cholewa przypomniał sobie o jeszcze
jednych wyborach. Popatrzył z nadzieją na zegarek, a migająca na
cyferblacie tylko potwierdziła jego obawy. Zostało jeszcze tylko
pół godziny wyborów prezydenckich. Uważając, aby dżem z pączka
nie upaćkał butów, młody wyborca wyleciał z bloków startowych i
popędził ile sił w nogach do najbliższego lokalu, aby tam dumnie
spełnić swój obowiązek obywatelski. Dzisiaj miał szczęście, na
karcie do głosowania tylko dwie kratki. Dwa tygodnie temu, kiedy
było ich kilka razy więcej, musiał przynieść ze sobą dwie
kostki, liczbę wyrzuconych oczek podzielić przez dwa i dopiero
wtedy miał pewność, że oddał głos w zgodzie z własnym
sumieniem. Problemy zaczynały się w momencie, kiedy liczba dzieliła
się tak, że zostawała reszta. W takim wypadku logika wskazywałaby
na rozwiązanie, które zakłada zagłosowanie na obu kandydatów.
Niestety takie wyjście z niezręcznej sytuacji nie zostało
przewidziane przez polski system wyborczy.
Towarzysza
Cholewę wielce uradował więc fakt, że teraz do oddania ważnego
głosu wystarczy rzut monetą. Wyciągnął więc zamaszystym ruchem
bilon z kieszeni, o mało przy tym go nie gubiąc i oddał cudowny
rzut, którego nie powstydziliby się mistrzowie świata w tej
dyscyplinie. Niestety zdecydowanie przesadził z pasją i moneta
wylądowała gdzieś daleko poza kabiną. „Demokracja nie jest taka
prosta ani tania jak myślałem”- filozoficznie stwierdził w
myślach Towarzysz Cholewa. Ponieważ zegar tykał nieubłaganie, nie
było już czasu na szukanie zaginionej monety, więc dzielny wyborca
poświęcił kolejną, aby spełnić swój obywatelski obowiązek.
Tym razem nieszczęście było jeszcze większe. Moneta wylądowała
na kancie. Ktoś mógłby powiedzieć, że teraz nasz bohater
powinien rzucić wszystko i polecieć wypełnić kupn w Lotto, ale
nie! On jest przecież obywatelem! I tak jak każdy obywatel ma swoje
prawa, tak również i obowiązki! Nie może więc teraz tak po
prostu się poddać. O oddanym głosie zdecydowała więc wyliczanka.
Towarzysz Cholewa spojrzał na zegarek i sparaliżował go strach.
Zostały już tylko sekundy! Wyskoczył i wrzucił kartę do urny w
ostatniej chwili przed końcową syreną, która rozległa się w
lokalu, przywołującą skojarzenia z meczem koszykarskim. Michael
Jordan nie powstydziłby się takiego wsadu. Przy gromkich oklaskach
Towarzysz Cholewa dumnie wracał do domu.
Kiedy
już przebrany w piżamę szykował się do spania, Towarzysz Cholewa
pomyślał, że warto by rzucić okiem, co tam ciekawego dzieje się
w Internecie. Może pojawiły się jakieś nowe śmieszne koty,
których nie zdążył zauważyć poprzednim razem? Wyciągnął więc
smartfona kupionego za pieniądze rodziców i rozpoczął
przeglądanie międzynarodowej sieci. A tam szok! Wszyscy zapowiadają
masową emigracje! Towarzysz nie wierzy własnym oczom: „Żenada!”;
„Jutro wyjeżdżam z tego kraju!”. Patrzy na to wszystko z
niedowierzaniem. „Czy to wojna?”- zadał sobie z lekkim uczuciem
paniki pytanie nasz dzielny wyborca. Niemożliwe! Za oknem wciąż
panuje nieprzenikniona ciemność, nie ma więc możliwości, aby
wróg zrzucał bomby. Ich blask przecież dałoby się zauważyć bez
najmniejszego problemu. Podrapał się zatem po głowie lekko
skonfundowany. W końcu doszedł do wniosku, że dzisiejszy dzień
obfitował w taką ilość wyborów, że teraz został mu już tylko
jeden. Spać na lewym, czy na prawym boku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz