poniedziałek, 25 maja 2015

Chichot Hieny #2- Election time!

Towarzysz Cholewa jest wielce uradowany! Nareszcie! Nareszcie koniec! 


Obudził się tego dnia wielce uradowany. Za oknem słoneczko świeciło aż miło, ptaszki ćwierkały. Wokół była błoga cisza. Zwłaszcza ta wyborcza. Telewizja nareszcie przestała wszystkich dookoła bombardować kolejnymi informacjami: nie było już sondażów, wywiadów, spotkań z górnikami, mleczarzami i rosyjską mafią. Na te 24 godziny kandydaci zniknęli z radarów, a raczej trzeba powiedzieć, że zostali z nich usunięci zgodnie z literą prawa. Przynajmniej raz polskie prawo dobrze się spisało!

Był to dzień wyborów, także dla Towarzysza Cholewy. Już od momentu kiedy otworzył oczy musiał on wybierać. Najpierw wybierał pomiędzy kolorem skarpetek. Z jednej strony kusiła go możliwość wyboru tych szarych, dobrze znanych i już znoszonych, z drugiej zaczynały już one trochę śmierdzieć i bądź co bądź zdecydowanie już nie pasowały stylistycznie do niczego. Na przeciwległym biegunie leżały zaś kłujące oczy jasnożółte wybryki tekstylnej natury, zakupione przez mamę naszego dzielnego Towarzysza dla uczczenia jednej z rocznic jego urodzin. Te z kolei, choć zdecydowanie były w opozycji do tych szarych i nudnych, to jednak wydawały się naszemu protagoniście zbyt radykalnym rozwiązaniem jak na niedzielny dzień. Zdecydował się więc on na granatowe cudeńka, coś pomiędzy znanym materiałem, a odrobiną kolorytu i zszedł tryumfalnie na dół. Tam oczywiście pojawiły się kolejne wybory: co zjeść na śniadanie, co obejrzeć w telewizorku, pójść pracować już teraz, czy może zostawić wszystko na wieczór. Tak, dzień Towarzysza Cholewy wydawał się być wprost przepełniony wyborami.

Wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie fakt, że w trakcie wybierania pomiędzy pączkiem a eklerkiem, Towarzysz Cholewa przypomniał sobie o jeszcze jednych wyborach. Popatrzył z nadzieją na zegarek, a migająca na cyferblacie tylko potwierdziła jego obawy. Zostało jeszcze tylko pół godziny wyborów prezydenckich. Uważając, aby dżem z pączka nie upaćkał butów, młody wyborca wyleciał z bloków startowych i popędził ile sił w nogach do najbliższego lokalu, aby tam dumnie spełnić swój obowiązek obywatelski. Dzisiaj miał szczęście, na karcie do głosowania tylko dwie kratki. Dwa tygodnie temu, kiedy było ich kilka razy więcej, musiał przynieść ze sobą dwie kostki, liczbę wyrzuconych oczek podzielić przez dwa i dopiero wtedy miał pewność, że oddał głos w zgodzie z własnym sumieniem. Problemy zaczynały się w momencie, kiedy liczba dzieliła się tak, że zostawała reszta. W takim wypadku logika wskazywałaby na rozwiązanie, które zakłada zagłosowanie na obu kandydatów. Niestety takie wyjście z niezręcznej sytuacji nie zostało przewidziane przez polski system wyborczy.

Towarzysza Cholewę wielce uradował więc fakt, że teraz do oddania ważnego głosu wystarczy rzut monetą. Wyciągnął więc zamaszystym ruchem bilon z kieszeni, o mało przy tym go nie gubiąc i oddał cudowny rzut, którego nie powstydziliby się mistrzowie świata w tej dyscyplinie. Niestety zdecydowanie przesadził z pasją i moneta wylądowała gdzieś daleko poza kabiną. „Demokracja nie jest taka prosta ani tania jak myślałem”- filozoficznie stwierdził w myślach Towarzysz Cholewa. Ponieważ zegar tykał nieubłaganie, nie było już czasu na szukanie zaginionej monety, więc dzielny wyborca poświęcił kolejną, aby spełnić swój obywatelski obowiązek. Tym razem nieszczęście było jeszcze większe. Moneta wylądowała na kancie. Ktoś mógłby powiedzieć, że teraz nasz bohater powinien rzucić wszystko i polecieć wypełnić kupn w Lotto, ale nie! On jest przecież obywatelem! I tak jak każdy obywatel ma swoje prawa, tak również i obowiązki! Nie może więc teraz tak po prostu się poddać. O oddanym głosie zdecydowała więc wyliczanka. Towarzysz Cholewa spojrzał na zegarek i sparaliżował go strach. Zostały już tylko sekundy! Wyskoczył i wrzucił kartę do urny w ostatniej chwili przed końcową syreną, która rozległa się w lokalu, przywołującą skojarzenia z meczem koszykarskim. Michael Jordan nie powstydziłby się takiego wsadu. Przy gromkich oklaskach Towarzysz Cholewa dumnie wracał do domu.

Kiedy już przebrany w piżamę szykował się do spania, Towarzysz Cholewa pomyślał, że warto by rzucić okiem, co tam ciekawego dzieje się w Internecie. Może pojawiły się jakieś nowe śmieszne koty, których nie zdążył zauważyć poprzednim razem? Wyciągnął więc smartfona kupionego za pieniądze rodziców i rozpoczął przeglądanie międzynarodowej sieci. A tam szok! Wszyscy zapowiadają masową emigracje! Towarzysz nie wierzy własnym oczom: „Żenada!”; „Jutro wyjeżdżam z tego kraju!”. Patrzy na to wszystko z niedowierzaniem. „Czy to wojna?”- zadał sobie z lekkim uczuciem paniki pytanie nasz dzielny wyborca. Niemożliwe! Za oknem wciąż panuje nieprzenikniona ciemność, nie ma więc możliwości, aby wróg zrzucał bomby. Ich blask przecież dałoby się zauważyć bez najmniejszego problemu. Podrapał się zatem po głowie lekko skonfundowany. W końcu doszedł do wniosku, że dzisiejszy dzień obfitował w taką ilość wyborów, że teraz został mu już tylko jeden. Spać na lewym, czy na prawym boku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz