sobota, 14 czerwca 2014

Bieszczadzkie anioły

 A ja mam swoją gitarę,
Spodnie wytarte i buty stare,
Wiatry niosą mnie

Słowem wstępu- zawsze byłem miłośnikiem długich spacerów. W trakcie monotonnego marszu według mnie człowiek może się najlepiej odstresować, a także ma chwilę na to, aby przemyśleć pewne sprawy. Większość moich spacerów polegała na wypadzie do lasu, aby pokontemplować wśród przyrody, ewentualnie w czasie letnich wakacji następowała pewna odmiana, kiedy to przechadzałem się po plaży, patrząc na rozbijające się o brzeg fale. Nigdy jednak nie było dużo sposobności do wędrówek górskich, gdyż pion decyzyjny w mojej rodzinie niezbyt za taką formą spędzania wolnego czasu przepada. Tym bardziej cieszyłem się na wypad w te słynne, dzikie Bieszczady...

Porannej mgły snuje się dym
Jutrzenki szal na stokach gór
Nowy dzień budzi się
Melodię dnia już rosa gra
Trochę mniej cieszyła mnie perspektywa prawie osiemnastogodzinnej podróży. Większość tego czasu miałem spędzić w ciasnym przedziale kolei państwowych, by następnie przesiąść się do jeszcze ciaśniejszych PKS-ów. Dodajcie do tego jeszcze prawie trzydziestostopniowy upał i gładkie, niczym poranna tafla jeziora, niebo, z którego nieustannie smażyło bezlitosne słońce. Brzmi niczym najgorsza męczarnia prawda? I prawdopodobnie by tak było, gdyby nie towarzystwo wyjątkowego grona ludzi. Dzięki nim, trudna przeprawa stawał się od razu lżejsza o ciężar turystycznego plecaka. Nic tak nie buduje dobrej atmosfery jak dwie gitary,śpiewnik i tony pokręconego poczucia humoru. Opisywać pierwszego epizodu zbytnio nie zamierzam, ponieważ to co się działo o późnych godzinach nocnych nie da się wyrazić słowami. W skrócie powiem tylko tyle, że do przedziału mogącego pomieścić ośmiu pasażerów udało nam się upchnąć dyszkę, poznałem smak spania na korytarzu(w pewnym sensie wiąże się to z punktem poprzednim), zdarłem gardło na wykrzykiwaniu słów piosenek, a także popadłem w wyjątkowo szaloną fazę i wszystko to bez mililitra alkoholu- czyli jeszcze nie jest ze mną tak źle.

Wycieczka nie mogłaby się udać, gdyby nie kilka niezależnych od siebie czynników, które razem ze sobą zgrane, tworzą wyjątkowo pozytywną atmosferę, którą pamiętać się będzie do końca życia. O pierwszym z czynników, zgranym towarzystwie, już wspomniałem. Kolejnym z nich było miejsce zamieszkania. Być może warunki w jednym ze schronisk PTTK nie przypominały wypasionego pięciogwiazdkowego hotelu, ale trzeba przyznać, że garkuchnia strawę przygotować potrafiła. Tak dobrze przygotowanych prostych potraw jeszcze poza domem jeść mi się nie zdarzyło,a tutaj spotkało mnie wyjątkowo pozytywne zaskoczenie. Innym ważnym czynnikiem jest przewodnik- nie da się ukryć, że jeżeli trafi się na nudziarza z dyplomem, to cała eskapada zamienia się w niepotrzebny wysiłek i zamiast cieszyć się widokami gór, lub zabytków, zakładamy słuchawki i puszczamy jakikolwiek kawałek, byleby zagłuszyć uniwersyteckie gadanie. Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że człowiek, który spędził z nami w sumie prawie czternaście godzin, okazał się zupełnym przeciwieństwem wyżej wspomnianych negatywnych cech. Poczucie humoru, oczytanie, przejrzystość wypowiedzi, a przede wszystkim wyluzowanie i odpowiednie podejście. Kiedy już tylko się na nas poznał(to znaczy dostrzegł, że jest w nas ukryty potencjał do wyniesienia rozmów na odrobinę wyższy poziom), to każda chwila spędzona razem z człowiekiem, będącym z wykształcenia historykiem, stawała się przyjemnością samą w sobie. Dzięki niemu poznałem prawdopodobnie najbardziej niezwykłe indywiduum mojego krótkiego życia. Gdybyście zobaczyli Pana Ryszarda na ulicy, za nic w świecie nie uwierzylibyście, że ten solidny starszy mężczyzna, z bandaną na głowie i długą, siwą brodą, wyglądający jak ktoś, kto gra w bluesowym zespole, tak naprawdę zajmuje się... pisaniem ikon! Znaczy, rozmowa może w 1/3 dotyczyła tej szlachetnej sztuki, reszta to był raczej połączenie opisu lokalnej społeczności i przeżyć Pana Ryszarda. A tych było co niemiara! Zjazd na trumnie po śniegu, wieczorne wypady na cmentarze i inne tego rodzaju anegdoty. "Król nafty i gazu", bo tak nazywany jest nasz rozmówca(nafty- bo był kiedyś ajentem na stacji benzynowej, a gazu, bo lubił czasem "dogazować" if you know what I mean...) powinien zasłużyć sobie na osobne zdjęcie pod hasłem "Gawędziarz" w słowniku!


Anioły są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach

One nam przyzwalają
I skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala
Wieczny bieszczadzki ogień 
Zakochałem się... tak najzwyczajniej w świecie. Zakochałem się w tej dzikości Bieszczad, w tych ich małych miejscowościach, brakiem wielkich miast, gwaru i hałasu. A przede wszystkim pokochałem góry i chodzenie po nich. Z każdym postawionym pod kątem krokiem czułem się tak, jakbym osiągała jakieś metaforyczne spełnienie. Pokochałem widok szlaku, cichy trel ptaków w zacienionym lesie, porośnięte niskimi krzaczkami  górskie zbocze, wietrzny szczyt, zrywający czapki i mierzwiący włosy. Pokochałem ciepłe bieszczadzkie powietrze, w którym człowiek czuje się prawdziwie wolny. I chyba to jest właśnie to, ten swego rodzaju powrót do natury, do kolebki, do pra-przyczyny. Każdy powinien mieć w ciągu roku jakiś czas kompletnego odcięcia od zalewających nas zewsząd informacji, moment wyciszenia, w trakcie którego obchodzi nas jedynie tu i teraz. Może dziwić was mój wyjątkowo nie-sarkastyczny ton, ale naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem bieszczadzkiej przyrody.

Czwarta nad ranem
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz [...]

Śpiewamy bluesa, bo czwarta nad ranem
Tak cicho, żeby nie zbudzić sąsiadów 

Muszę powiedzieć jedno. Z moimi najlepszymi kumplami z klasy znamy się od pierwszej klasy gimbazy, ale jeszcze nigdy nie czułem się tak, jak ostatniego dnia wieczorem, kiedy to w końcu postanowiłem powalić blokujący mur niechęci i wstydu i rozpocząć prawdziwe męskie rozmowy. Widać było, jak bardzo nam brakowało czegoś takiego przez te wszystkie lata- gadaliśmy prawie przez trzy godziny, bez przerwy kontrolując się, aby wybuchy niekontrolowanego rechotu nie zbudziły śpiącego w pokoju obok dziecka gospodarzy.  W ogóle cały tamten dzień miał dosyć szczególny wymiar- mnie na przykład dopadła niekontrolowana melancholia i zagubienie- chyba po prostu od tak, aby mnie podenerwować. Wtedy właśnie, stojąc w zimnym wagonie i przesiąkając zapachem papierosów w części dla niepalących(PKP...), oddałem się słuchaniu wspomnianej wyżej piosenki Starego Dobrego Małżeństwa. I muszę wam powiedzieć, że droga wyglądała wtedy zupełnie inaczej. Jakieś słowo podsumowania: z jednej strony z utęsknieniem wypatruje zbliżających się wakacji- bo mogą one oznaczać okazję do ponownego wypadu w te piękne okolice, z drugiej zaś strony obawiam się ich, ponieważ pierwszego września zacznie się już trzecia klasa i oznaczać będzie ona nie tylko strach przed maturą, ale przede wszystkim pożegnanie dobrze zgranego grona przyjaciół...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz