Ten dzień obfitował w absolutnie wszystko- od strachu i zmęczenia,przez gniew, po euforię. Kiedy kupowałem bilet gdzieś w okolicach marca/kwietnia wiedziałem tylko tyle, że Linkin Park to jeden z moich ulubionych zespołów. Po drodze do Wrocławia dowiedziałem się znacznie więcej...
Wszystko zaczyna się zazwyczaj od początku, jednak ponieważ początek tamtego dnia był dość nudny, to wam, Drodzy Czytelnicy, oszczędzę wątpliwej przyjemności czytania o tym, jak przeciskałem się przez zatłoczone przedziały w pociągu(Prawdziwe oblężenie! Kasjerka mówiąc, że prawie wszystkie miejsca są wykupione nie blefowała!), jak przypadkiem oblałem staruszkę siedzącą przede mną chwilę po zajęciu miejsca(nie ma lepszego sposobu na rozpoczęcie podróży niż małe faux pas), jak staliśmy kilkukrotnie po drodze czekając, aż łaskawie nasz pociąg zostanie przepuszczony przez tory techniczne(koleje to może i mamy szybkie, ale gdzie one mają kurde jeździć!), jak kilkukrotnie denerwowaliśmy się z kuzynem(dzięki Marcin!) na miliardy różnych głupot. Na przykład na postawę taksówkarza, który na pytanie, ile kosztowałby nas kurs na stadion, najpierw powiedział, że "mu się nie bardzo chcę"(sic!), a następnie zażądał pięćdziesięciu złotych. Grzecznie podziękowawszy wybraliśmy podróż zatłoczonym tramwajem. Wcześniej jednak czekała nas jeszcze gehenna związana z brakiem miejsc w przechowalniach bagażu, co nie tylko zmusiło nas do targania dwóch plecaków na wskroś Wrocławia, ale także skutecznie później wydrenowało nasze portfele, kiedy dowiedzieliśmy się, że na płytę z nimi nie wejdziemy. Abstrahując, kto bierze dwadzieścia złotych za depozyt jednego plecaka!? Jakby organizatorom mało było kasy ze zdobytych biletów, to jeszcze musieli wydusić więcej!Co więcej, kiedy już dotarliśmy przez bramki, zostaliśmy poproszeni do następnej kolejki, gdzie mój bilet został potraktowany w wyjątkowo brutalny sposób(czytaj: urwany w jednej trzeciej), po czym na moją rękę nałożono niezwykle gustowną różową opaskę. Wczujcie się teraz w naszą sytuację, kiedy po trzygodzinnej podróży w ciasnym przedziale, w gorącu, duchocie i smrodzie lądujemy wreszcie we Wrocławiu, przebijamy się przez zakorkowane miasto kolejną godzinę i wreszcie docieramy pod stadion. Problemy wbrew pozorom nie zanikają, tylko zdają się nawarstwiać. I jeszcze to niezapowiedziane opóźnienie całej imprezy, które zadziałało niczym prawy prosty wytrawnego boksera. Leżąc na emocjonalnych łopatkach i warcząc na siebie i na wszystkich wokół, ze zdecydowanie negatywną niecierpliwością oczekiwaliśmy, aż w końcu będzie można zacząć się bawić. Na dodatek jeszcze w przerwie między supportem a główną atrakcją wieczoru zaczął padać deszcz. Czy może istnieć bardziej groteskowy sposób na pogorszenie i tak już złego humoru?
| Widok ten pomnóżcie przez jakieś tysiąc, to zrozumiecie, jak duży tłum oczekiwał na wejście. To najprawdopodobniej jest brama dla ludzi z GC. |
Podczas przygotowywania się do napisania tego tekstu zrozumiałem, jak ważne było odczekanie jeszcze jednego dnia, aby ostudzić moją gorącą głowę. Gdyby nie to, przykrym rykoszetem mogli by dostać Fall Out Boy, czyli grupa, która rozgrzewała tłum przed przybyciem Chestera i spółki. Przyznam się bez bicia, z całej zaprezentowanej gamy utworów znałem tylko dwa, z czego jeden z nich to było "Beat it", czyli de facto nie w pełni ich twórczość, a drugi utwór "The Phoenix", znałem tylko dzięki siostrze. Dlatego teraz trudno mi powiedzieć, czy zagrali lepiej niż zwykle, czy może jednak obniżyli loty. Jak na mój gust jednak, dali z siebie wszystko, ponieważ wokalista był dosyć mocno spocony, a główny gitarzysta podczas rozmów z publicznością kilkukrotnie użył dość niewybrednego słownictwa zaczynającego się na literę "F".Dla mnie był to znak, że chyba jednak wzięli sobie ten godzinny występ do serca i dali z siebie wszystko . Do zapamiętania zostanie także zdecydowanie kapitalnie wydziarany perkusista, który aparycją z daleka przypominał członka norweskiego zespołu grającego scandinavian nu metal. Pomimo szczerych chęci uznałem, że niestety tego dnia odpuszczę sobie robienie zdjęć. Głównym powodem była chęć po prostu dobrej zabawy i pozbycia się negatywnej energii przez totalnie oddanie się muzyce, a nie cykanie zdjęć, których i tak nie będę oglądać. Poza tym, na płycie panował taki ścisk, że podniesienie rąk nad głowę mogło już uchodzić za spory sukces. Potem, kiedy już nastąpiło drobne przemieszczenie się publiczności, już nie było to takie trudne, ale wtedy już byłem zbytnio zajęty przeżyciem w trakcie pogo...
Tego wieczoru wiele wydarzeń mogło być nominowanych do zaskoczenia dnia: jeden z koncertowiczów, z którym przybiłem sobie piątkę, ponieważ powiedział, że Arsenal i Linkin Park to idealne połączenie(dzięki takim ludziom kreuje się dobra atmosfera!), zremiksowana wersja "Castle of Glass", która sprawiła, że wreszcie dało się przy tej piosence poszaleć, kapitalna elektroniczna gra Mr.Hahn'a, która mogła zupełnie poprzestawiać wnętrzności, rap Mike Shinody i doskonały scream Chestera. Byłem przekonany, że trzydziestoośmioletni facet z tak długim stażem scenicznym nie będzie w stanie wyciągać takiego głosu przez dłuższy czas, zwłaszcza, że nie był to pierwszy koncert w trakcie tej trasy. Co za szczęście, że się myliłem, ponieważ gdyby nie to, moglibyśmy Amerykanina nie usłyszeć, tak głośno ponoć śpiewała cała płyta. Ale dla mnie jest tylko jeden numer jeden, czyli wspomniane już pogo. Przed bramkami do stadionu wisiały kartki, na których było napisane "Moshing and crowd sufring is absolutelly forbidden". Cóż, mogę absolutnie bez żadnego wstydu przyznać, że kiedy na płycie tuż przed "Runaway" co bardziej ogarnięta ekipa zaczęła robić trochę miejsca, to gdzieś ten zakaz zupełnie wyparował. Obijając się o wyrośniętych kolesi i jednocześnie drąc się na całe gardło "I wanna know the answers, no more lies" w mojej głowie zapaliły się tylko trzy lampki bezpieczeństwa. Jeden- nie stracić okularów, bo innych nie mam i będę ślepy. Dwa- pilnować komórki, bo ekranik i tak jest w beznadziejnym stanie. Jedno uderzenie i może być po sprawie. Trzy- gdzie do cholery jest mój kuzyn!? Jak tutaj się zgubimy to koniec!
Podróż zatem miała swoje dwie twarze. Jedna połowa była przepełniona złością, gniewem i rozczarowaniem, chęcią odnalezienia organizatorów koncertu i wepchnięcia im biletów do gardła. Druga twarz jednak to była absolutna euforia, zdarte gardło od wykrzykiwania kolejnych zwrotek i podeszwy butów od skakania, porządne pogo i najprzyjemniejsze zmęczenie tamtego dnia. Niestety, z powodu tej godzinnej obsuwy zmuszeni byliśmy opuścić stadion przed bisami, przez co ominęło nas kilka hitów(min. "Light that never comes", czy "Bleed it out"). Spiesząc się na pociąg z błaganiem w głosie zdobyliśmy taksówkę(co to za ludzie w ogóle jeżdżą w tym interesie!? jakim cudem oni mają z czego żyć, skoro ciągle tacy niechętni) i po zapłaceniu skromnych pięćdziesięciu złotych mogliśmy nadrobić stracone kalorie na dworcowym KFC. Co więcej, w drodze powrotnej i już po przyjechaniu na miejsce doznałem swego rodzaju niezwykłego uczucia, które nigdy wcześniej nie było mi dane. To poczucie, że wszyscy w okół śpią, a ty ciągle jeszcze na nogach. Całe miasto nie wie, co teraz robisz, widzisz, jak wszystko w okół zaczyna dopiero powoli wybudzać się ze snu(chociaż o trzeciej trzydzieści to większość ludzi jednak śpi :)). Czujesz się panem i władcą. Dobra, rozmarzyłem się, przepraszam. Jakieś zdanie podsumowujące? Tylko zespół o wielkiej klasie byłby w stanie swoim występem zamienić moją negatywną energię w prawdziwą radość i właśnie takim zespołem wydaję się być Linkin Park. Jeśli kiedyś usłyszycie od kogoś, że ten amerykański zespół nie potrafi porwać ze sobą ludzi na koncertach, to możecie bez wahania pokazać mu nagranie z tegorocznego koncertu. A! No i ostatni raz jadę i wracam tego samego dnia... Jak można było utracić tak kapitalne bisy!?
Linkin Park is the best!!!!! Dzięki nim koncert był rewelacyjny, a reszta..? Niech szybko wyleci nam z pamięci.
OdpowiedzUsuń