niedziela, 31 maja 2015

Kinoteka- Szaleństwo z turbodoładowaniem- Recenzja filmu "Mad Max-na drodze gniewu"

Powrót kultowej serii o stróżu prawa w świecie, w którym wszelkie moralne fundamenty legły w gruzach. 
"Szaleństwo". Tego słowa można użyć do zdefiniowania każdego aspektu nowego filmu George'a Miller'a, autora pierwszych dwóch filmów z cyklu "Mad Max". Reżyser wrócił zatem na stare śmieci i zdecydował się, że świat potrzebuje kolejnej odsłony apokalipsy na czterech kołach. W rolę tytułowego bohatera nie wciela się jednak ikoniczny dla serii Mel Gibson, który aktorska kariera rozkwitła po pierwszym Maxie. Zamiast niego pustkowia przemierza Tom Hardy, którego bardzo polubiłem po rolach jakie zagrał u Christophera Nolana: cwaniaka z "Incepcji"; czy jako Bane w "Mroczny Rycerz powstaje". Obok przystojnego bohatera nie mogło oczywiście zabraknąć równie oszałamiającej piękności. Tym razem jednak część widowni może czuć się zawiedziona, gdyż grająca główną heroinę Charlize Therone przypomina bardziej wojowniczą amazonkę, niż cichą leśną nimfę.

Historia filmu zbudowana jest oczywiście na szaleństwie. Świat zwariował, kiedy zaczęły kończyć się zasoby naturalne, w tym te najważniejsze: woda i ropa. Wzajemne niesnaski doprowadziły do wybuchu nuklearnej wojny, która przemieniła Ziemię w jałowe pustkowie, na którym nie poradziłby sobie nawet Bear Grylls(to pewnie dlatego, że wszelkie białko wyparowało na skutek atomowego holokaustu). W tym świecie żyje Max, główny bohater, trapiony demonami przeszłości, zniewolony wizjami tych, których kiedyś zawiódł. Staczając się w otchłań oderwania od rzeczywistości szuka odkupienia w samotności. Nie dane jednak mu będzie wieść życia samotnego wędrowca, gdyż pada on ofiarą świrniętych sługusów jednej z najważniejszych postaci ocalałego świata: Nieśmiertelnego Joe. Max wykorzystany zostaje jako kroplówka do podtrzymania życia jednego z jego oprawców. I tak najprawdopodobniej skończyłoby się życie naszego głównego bohatera, gdyby nie cesarzowa Furiosa, grana przez panią Theron, która wpada na kompletnie nienormalny pomysł ucieczki spod władzy Joe'a, jednocześnie zabierając ze sobą jego nałożnice. Pytacie się, czy jest w tym świecie ktokolwiek normalny? Cóż, jeżeli był, to najprawdopodobniej dawno zginął!

Kontynuując opisywanie filmu za pomocą przymiotnika "szaleństwo", przechodzimy do opisu, jak ten film się ogląda. Otóż, po wyjściu z kina doszedłem do ogólnego wniosku, że scen, w których ktoś nie próbował kogoś zabić, nie strzelano albo nie próbowano uciekać, było tyle, że wypełniły one około pół godziny filmu. A jestem w stanie się założyć, że nawet jeszcze mniej. Tempo akcji zasuwa jak rollercoaster z turbodoładowaniem jadący ze stromego klifu po solidnie naoliwonych torach. Czyli naprawdę, naprawdę bardzo szybko! Oglądając nie mamy chwili wytchnienia, ledwo kończy się jedna strzelanina, a zaraz wpadamy w kolejny kocioł destrukcji. Aby dodatkowo podbić efekt panującego wszędzie chaosu i szaleństwa(oczywiście), niektóre sceny zostały przyśpieszone, to znaczy klatki filmu przesuwają się po ekranie w większym tempie niż normalnie. Sprawia to trochę wrażenie oglądania starego, czarno-białego, niemego filmu, gdzie aktorzy równie byli groteskowo przyśpieszeni. Efekt? Wszędzie panuje pożoga, po oczach wali nam płonąca benzyna, a nasze uszy pieści ryk potężnych silników. Ekstremalna jazda bez trzymanki.

I właściwie na tym można by zakończyć opis filmu. To tak naprawdę nic więcej niż kino akcji, w trochę starym stylu, zwłaszcza, kiedy pojawiają się te momenty z podkręconym tempem. Nikt tutaj nie zadaje pytań, nawet nie odwraca się za siebie, tylko jak najprędzej pruje do przodu, bo przecież bez przerwy goni nas banda pomyleńców, którzy pragną nas zabić. Mimo to, udało mi się zaobserwować w trakcie seansu parę spraw, które zasługują na wspomnienie. Po pierwsze klimat. Filmów o Armageddonie było ostatnio całkiem sporo; wystarczy wspomnieć chociażby "1000 lat po Ziemi", czy "Ewolucje planety małp". Każda z tego typu produkcji była w pewnym sensie podobna do siebie, no może oprócz wspomnianego filmu z Willem Smithem, w którym mieliśmy do czynienia z trochę bardziej futurystycznym klimatem. "Mad Max" jeżeli chciał się wybić, musiał pokazać coś świeżego. I pokazał. Wszystko w tym filmie: kostiumy, scenografia i ogólny klimat, jest tak niepowtarzalne, że fantastycznie wypełnia niszę w filmach o końcu świata. Pojazdy, którymi poruszają się tutaj prawie wszyscy wyglądają, jakby za chwilę miały się rozlecieć. Wystające kolce, silniki wychodzące z maski, ozdoby i ozdóbki. Wszystko to cieszy oko uważnego widza. Ubrania. Każdy kostium został pieczołowicie zaprojektowany. Nieśmiertelny Joe budzi grozę swoją maską a'la Bane, Tom Hardy w swoistym kagańcu może stać się cechą wyróżniającą ten film, nawet Furiosa ma sztuczną rękę wyglądającą, jakby była sklecona ze złomu. A klimat? Do szpiku kości szalony! No bo czy normalnym jest fakt, że poplecznicy Joe'ego modlą się do V8, pragną śmierci i zrobią wszystko, aby umrzeć w chwale, czy też obryzgują sobie twarz lakierem samochodowym tuż przed śmiercią? A broń, którą są na przykład włócznie z ładunkiem wybuchowym, dzięki którym pościgi zmieniają się w sceny niczym z prehistorycznego polowania na dzikie zwierzęta. Czy też mój absolutny faworyt i ulubieniec- The Doof Warrior- ślepy gitarzysta, część świrniętego korowodu Joe'a, który wygrywa w trakcie jazdy ścieżkę dźwiękową filmu.

Skoro już jesteśmy przy muzyce. Dotrzymuje ona kroku filmowemu tempu. Ostre rockowe riffy, grane przez ślepego gitarzystę, dodatkowo wzmocnione są potężnym waleniem w bębny. Jednocześnie nie jest to jakaś ogłuszająca kakofonia. Kiedy następnego dnia po seansie obejrzałem jeszcze raz trailer, to od razu skojarzyłem charakterystyczną linię melodyczną. Tutaj jednak pojawia się pewien zgrzyt. Siedząc na sali kinowej, po okołu dwóch godzinach wpatrywania się w srebrny ekran i uczestniczeniu w szalonej przygodzie, moja głowa omal nie pękała z bólu. Hardcorowa muzyka towarzyszy nam prawie przez cały czas, dodatkowo jest niesamowicie głośna. Dlatego, jeżeli będę miał kiedyś sposobność do obejrzenia filmu jeszcze raz, to na pewno ściszę w niektórych fragmentach o połowę. Od oprawy audio nie odstaje w najmniejszym stopniu warstwa wizualna. Operator doskonale gra kolorami, często w filmie jest pełno kontrastów. Czerwień przeplata się z brudnożółtym piaskiem, któremu dodatkowo towarzyszy krystalicznie czyste niebo. Ogląda się to wszystko jak dobrze skomponowany obraz.

I chyba właśnie taki jest ten film. Jak komiks. Tylko, że z muzyką i postaciami na obrazkach w ruchu. Nie ma tutaj wiele filozoficznych treści, w widzu nie zachodzi jakaś wewnętrzna przemiana, czy inne katharsis. Wychodząc z sali mamy w środku tylko spaliny i podtlenek azotu, ewentualnie dużą dawkę ołowiu. Ja szczerze mówiąc trochę się zawiodłem, oczekując mimo wszystko czegoś więcej, niż tylko naparzania się i zadawania bólu. Przeliczyłem się, ale tylko dlatego, że poszedłem na seans z zupełnie innymi oczekiwaniami. Dla fanów naprawdę szybkiej akcji film będzie doskonałą dwugodzinną przygodą na pustkowiach upadłego świata. Reszta jest szaleństwem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz