W życiu każdego miłośnika elektronicznej rozrywki nadchodzi taka chwila, że siadając z padem przed telewizorem i włączając konsolę, dochodzi się do wniosku, że tak naprawdę nie ma się ochoty w nic zagrać. Stos cudownych gier leżących na półce obok naszej maszyny cudów niebezpiecznie szybko okrył się kurzem. . Wtedy ze strachem zadajemy sobie pytanie. "Czy to już?"
Mowa
oczywiście tu o syndromie "wypalenia" ; który jest nierozłącznie
związany z czynnościami cyklicznie powtarzanymi. Kiedy przez długi czas
wykonujemy jakąś pracę, często z nieukrywaną przyjemnością, w pewnym
momencie ujawnia się w niej przewidywalność, powtarzalność, lub po
prostu nuda. Może to świadczyć o tym, że jesteśmy "wypaleni". Wypalony
może być artysta, wypalonym może być polityk, jednak o zgrozo odkryłem
niedawno, że wypalonym może również być gracz.
Smutna
to prawda. Hobby i pasja, której oddawaliśmy się całe życie niemalże,
czyniąc z niej ostatni bastion naszej indywidualności, nagle zupełnie
przestaje nas interesować, bądź też pociąga nas w ograniczonym zakresie.
Gram od 3 roku życia, przez ten czas przeszedłem etap od grania na
pececie, po szarpanie na konsoli. Śliniłem się jak pies na widok
dorodnej szynki, gdy w moje ręce wpadały kolejne części niesamowitych
produkcji, szykujących mi podróż w krainę cudów i dziwów. Nic nie było w
stanie mnie oderwać. Nie zapomnę stresu, jaki powodowało granie w gry o
PEGI 18+, ponieważ w moim domu było to dość restrykcyjnie
podtrzymywane, ten dreszcz adrenaliny na każde najmniejsze skrzypnięcie w
okolicach drzwi od pokoju. A teraz...
Może
winą tego wszystkiego jest szkoła i obowiązki, których nadmiar nie
zawsze pozwala skupiać się na co dłuższych produkcjach. Wiadomo, łatwiej
odpalić FIFĘ i pograć te 15 minut, niż przechodzić rozbudowanego
erpega. Jednak czy jest to dobre wytłumaczenie? Może sami przed sobą
staramy się maskować i ukryć tę straszną prawdę, że tak naprawdę
wyrośliśmy już z gier wideo. Straszne to i smutne zarazem. Bo czym teraz
to człowiek będzie się wyróżniał z tłumu?
Zrobiłem
ostatnio rachunek sumienia i doszedłem do niepokojącej konkluzji. Jest
wiele gier, które zacząłem, aby potem ponownie przenieść się na
wirtualną murawę. XCOM, LA Noire, R.U.S.E, Wiedźmin 2, Assasin's Creed
3. Kto by nie chciał mieć tych gier w swojej kolekcji. Ja je
sprzedałem....
Pojawia
się jednak światełko nadziei. Ostatnio udało mi się ponownie odpalić
Far Cry'a 3 i zagłębić się w Rook Island. Obyło się bez odrzutów, a
przygoda na wyższym poziomie trudności nie odrzuca. Coś się zaczyna
dziać. I te poczynione plany oszczędnościowe, mające pogodzić majowe
urodziny z potrzebą zakupu
Playstation 4. Tak właśnie, potrzebą. Chyba nie będzie jednak tak źle,
skoro Watch Dogs i Killzone powodują jakiś tam dreszczyk emocji. Jak się
zakończy ta historia? Mam nadzieję, że w maju dam odpowiedź skrajnie
pozytywną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz