Przyzwyczaiłem już się do tego, że muzyka jest wyjątkowo poważnym medium. Nie chodzi mi tutaj o treść, bo niektóre współczesne piosenki aż tchną prostotą i płaskim przekazem. Ale nigdy nie wierzyłem, że można tworzyć utwory tylko po to, aby sprawić, żeby komuś poprawić humor, bądź doprowadzić do spazmów niekontrolowanego rechotu. Może niektóre utwory są tak słabe, że aż śmieszne, ale to jednak nie to samo, co filmy kręcone pod batutą Woddy'ego Allena. I właśnie tak słuchałem sobie tych wszystkich poważnych piosenek, szukając jakiegoś wyższego natchnienia, bądź innego sensu życia. Bez skutku. Aż stało się coś, odmieniło ten stan rzeczy i tak jak się zawsze dzieje w tego typy przypadkach stało się to całkowicie przez przypadek- zwykła wiadomość z linkiem podrzuconym przez kuzyna sprawiła, że zacząłem patrzeć na pewne sprawy trochę inaczej. Link prowadził do piosenki grupy Lonely Island.
Grupa została założona w 2001 roku, a największe sukcesy odnosiła w latach 2005-2011, kiedy to tworzyła pod patronatem programu rozrywkowego Saturday Night Live. Z tego co mówi angielska Wikipedia i podpisy pod nowymi filmikami na YouTube grupa obecnie zajmuje się tworzeniem płyt na własną rękę.
Z wierzchu, dla kogoś kto nie zna wybitnie języka angielskiego będzie to brzmiało jak kolejny boysband wymyślony przez wytwórnie filmowe do trzaskania kasy. Wiecie, elektroniczny bit, modni chłoptasie w garniakach. Jednak kiedy opadnie już to pierwsze wrażenie, co wrażliwsi mogą złapać się za głowę, podczas gdy inni będą turlać się po podłodze ze śmiechu. Grupa obśmiewa wszystko i wszystkich, wymyśla absurdalne piosenki, które w naszym normalnym i usystematyzowanym świecie nie mają racji bytu. Wiecie, pewien poziom zniesmaczenia osiągnęliśmy już jakiś czas temu, ale tylko ta ekipa potrafi powiedzieć wprost, że ktoś "spuścił się w spodnie"(Jizz in my pants). Od razu pragnę powstrzymać obrońców moralności przed braniem tekstów tej grupy na serio. Aby lepiej wczuć się w charakter radzę oglądać ich teledyski, które po prostu tchną parodią i groteską. Chociażby Great Day, opowiadający historię gościa, który już od rana ma dobry dzień. Tylko dlaczego w okolicach twarzy widnieje podejrzana biała plama? Albo YOLO, hasło współczesnej wyzwolonej młodzieży, mówiące o tym, że żyje się tylko raz. Lonely Island traktuje to dosyć dosłownie, radząc nam, abyśmy zaprzestali jakichkolwiek podróży i zbudowali schron przeciw-bombowy w piwnicy, zakładali słuchawki w klubach, bo głośna muzyka pozbawi nas słuchu, aż w końcu nie zakładali piżamy, bo może nas udusić w nocy. To cała Lonely Island. Po prostu wyobraźcie sobie ekipę dobrych kumpli z dzieciństwa, z którymi spędzaliście mnóstwo czasu i odwalaliście naprawdę głupie rzeczy. A potem, w pewnym momencie znajomości, wpadliście na szalony pomysł założenia własnej ekipy. Nie udało wam się? No cóż, Andy'emu, Akiv'ie i Jorm'ie się udało.
Jak duży jest sukces grupy, skoro jeszcze o niej nie słyszeliście? No cóż, współpraca z Justinem Timberlakiem, T-Painem i Adamem Levinem niech mówi sama za siebie. Te nazwiska to przecież nie byle co, to naprawdę wyższa półka współczesnej muzyki pop. Poza tym usamodzielnienie się od SNL i wypuszczenie własnej płyty o czymś świadczą. Ekipa ta nie zgarnie może Grammy, ale czyż nie ważniejsze są zadowolone opinie słuchaczy?
Nie znajdziecie tu wyrafinowanych riffów, głębokich przekazów, czegoś co poruszy wasze serca. Poruszą się za to na pewno wasze żołądki w efekcie napadów niekontrolowanego śmiechu na widok lidera grupy Maroon 5 ubranego w typowy strój bezdomnego świra z USA, z tabliczką o nadchodzącym końcu świata. Bo czasem po prostu zamiast głębokich słów potrzebne są takie, które sprawią, że na naszych twarzą pojawia się uśmiechy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz