niedziela, 23 marca 2014

Subiektywna relacja z Pyrkonu 2014

Czyli jak zostałem ojcem dwójki dzieci, przegrałem życie w godzinę i dobrze się bawiłem za trzydzieści złotych    Jaki Pyrkon jest, każdy widzi. Tak oddany fan wielkich toporów, nieogolonych krasnoludów, szlajających się zombiaków i innych tego typu rzeczy, nie mógł oczywiście odpuścić sobie tego typu wydarzenia. Co wydawać się może dziwne, bo był to w sumie mój pierwszy raz, a do tej pory wiedzę o tym mitycznym zlocie czerpałem do tej pory jedynie z legend, bądź opowiadań znajdowanych w smoczych jaskiniach. Pełen zapału i z sakiewką pełną błyszczących dukatów, złapałem pierwszego smoka frunącego w kierunku Starołęki i pomknąłem ku celowi. Przed wyruszeniem w podróż należy jednak zebrać drużynę, ale byłem przezorny i kompana Pawła(dzięki stary, że wytrzymałeś tak długo:)) nakłoniłem do wspólnej eskapady już wcześniej. Drogę zatem wypełniały mi jedynie troski z gatunku tych radosnych: Kogo warto zobaczyć najpierw? Czy dam radę wyciągnąć autograf od Quaza? Jak dużo dukatów wydam na stoiskach?
    Jak łatwo rozpoznać, że zbliżacie się do konwentu poświęconego fantastyce? Rozejrzyjcie się dookoła. Jeżeli wokół was pojawią się ludzie przebrani za Wiedźminów, bohaterów Fallouta, kucyki Pony, postacie z League of Legends, bądź po prostu z którejś z mang, to znak, że jesteście już blisko. Tylko od was zależy, czy wam to się podoba czy nie. Moim pierwszym odruchem po zobaczeniu tak ucharakteryzowanej bandy postaci był niekontrolowany opad szczęki, która gdyby nie podłoga, wylądowałaby pewnie gdzieś w Mordorze. Dla jednych banda świrów, dla drugich zapaleńcy i osoby poświęcone swojemu hobby. Dla mnie jedni i drudzy, bo potrzeba naprawdę sporej dozy samozaparcia i poświęcenia, aby w takim ubraniu paradować przez kilka godzin, zwłaszcza, że nie należy on do najwygodniejszych, co przyznał mi jeden z sobowtórów Bobb'y Feta.


    Smok wylądował tuż przed wejściem do MTP. Pierwszym co człowiek mógł zauważyć, oprócz wspomnianych wyżej cosplay'erów , była gigantyczna kolejka po wejściówki. Chociaż jak pokaże historia, nie był to najgorszy postój, z którym musiałem się zmierzyć tamtego dnia. Pomimo tego, że długość wężyka ludzi była całkiem spora, wejściówkę udało mi się załatwić bez problemu w pięć minut. Trzeba przyznać, że organizatorzy w tym i nie tylko w tym aspekcie spisali się na medal, na dodatek ten złoty. Jak się jednak okazało, kilka osób miało problemy i to głównie z ich winy. Nie doczytali bowiem, że osoby niepełnoletnie potrzebują zgody swojego opiekuna prawnego. Z dwójką takich ludzi miałem do czynienia. Błagali mnie, abym wypisał im świstek, upoważniających ich do udziału w Pyrkonie. Cóż, zostałem zatem ojcem, dwójki dość nierozgarniętych synów. Jako odpowiedzialny tatuś pożegnałem ich zatem  i nie chciałem już widzieć nigdy więcej. Jeżeli przypadkiem to czytają to wiedzcie, że po powrocie do domu czeka was bura!
    Po ogarnięciu swojego towarzysza podróży i przejścia przez most strzeżony przez trolla, skierowaliśmy się prosto na pierwszy z zaplanowanych paneli. Miał być on poświęcony osobom związanym z polską twórczością na serwisie Youtube. Ja chciałem przede wszystkim posłuchać i sfotografować Tomasza Drabika(Quaz), oraz Jakuba Dębskiego(Dem). Z kolei wierny karzeł pragnął posłuchać kazania ojca Maciej Makuły(Wonziu). Oczywiście prostego luda była istna szarańcza, każdy centymetr przestrzenny został dosłownie zadeptany przez ciżbę. Znaleziona wolna przestrzeń w kąciku odgrodzonego terenu miała swoje plus i minusy. Z jednej strony dawała możliwość regularnego brania oddechu, z drugiej zaś nie było możliwości zadawania pytań. I kto do cholery postawił ten ekran na środku sceny, skutecznie zasłaniając połowę wypowiadających się? Dodam tylko, że oprócz wymienionych panów w panelu brali udział również: CTSG i Duds. Kto ogląda na Youtub'ie ten kojarzy, ja niestety średnio. Po wysłuchanie co panowie i pani mają ciekawego do powiedzenia(dowiedziałem się, że z filmików jednak nie da się wyżyć- marzenia trzeba zatem wyrzucić do kosza), udałem się na polowanie na autografy. Podczas gdy większość oczekujących rzuciła się w stronę Wonzia, ja z wytęsknieniem wypatrywałem Quaza. Był on dość mocno zdziwiony faktem, że ktokolwiek chcę jego autograf, o zdjęciu nawet nie mówiąc. Jestem świadom jego relatywnie małej popularności, ale teraz przynajmniej wie, że na pewno jednego fana ma! Gość bardzo skromny i niższy niż się wydaje na filmach. Tylko dlaczego musiał zrobić taką minę!?
    Jednak gdyby na Pyrkonie rozdawano by medale, to złoto bezapelacyjnie powinien zgarnąć Dem. Człowiek wygrał konwent dosłownie i w przenośni. Publika na panelu krzyczała najgłośniej, kiedy wymieniane było jego nazwisko, gdy zaś sam rzucał jakiś komentarz, kobiety mdlały w sposób, którego pozazdrościłby Mick Jagger w latach swojej największej świetności. Prawdziwość tej tez potwierdziły dwa wydarzenia- po pierwsze spotkanie z Dębskim, na które wejść mogli tylko najwytrwalsi fani, używając do tego celu łokci i barków. Naprawdę, tłum i ścisk był nienormalny! Jednak radość z ujrzenia ulubionego autora jest nieporównywalna do niczego innego. Całość poprowadzona była z humorem, nie powiem, że z polotem, bo była by to przesada, w końcu dla postronnego obserwatora nie wydarzyło się nic wielkiego. Jednak ja widziałem reakcje ludzi, którzy prawie turlali się po ziemi, Nie da się ukryć, ja też zaliczyłem kontakt z podłogą. Dem to osoba, która pomimo tego, że określa się jako skromny charakter, potrafi doskonale bawić się z publiką, robiąc głupie żarty i powodując salwy śmiechu, a zarazem uspokoić rozzuchwalony tłum kilkoma słowami.
    Drugim zwycięstwem Dema była popularność jego stoiska z gadżetami. Jego zwycięstwo okazało się moją porażką. Zanim jednak doszło to tragicznych w skutkach wydarzeń, spotkał mnie łut szczęścia. Przechodząc koło wystawy figurek(o której będzie jeszcze później), zobaczyłem stojący sznurek osób, które trzymały w rękach "Pana lodowego ogrodu". Nie wierząc w swoje szczęście zerknąłem, a prawda objawiona uderzyła mnie w twarz. Na krześle siedział sam autor, Jarosław Grzędowicz. Jak strzała pomknąłem w kierunku końca kolejki. Jak się potem okazało, byłem ostatnią osobą, która mogła dostąpić tego zaszczytu. Pan Grzędowicz okazał się wyjątkowo miłą osobą, która mimo wyraźnego zmęczenia, zdobyła się na uśmiech w stronę Pyrkonowicza, który zapomniał z  domu swojego egzemplarza książki i zmuszony był podać podarty, ale klimatyczny zeszyt. W międzyczasie mój drogi kompan szukał świętego Graala na innych stoiskach. Kiedy wreszcie połączyliśmy siły i ruszyliśmy w stronę stoiska, na którym Dem miał sprzedawać komiksy, byliśmy jeszcze pełni nadziei i optymizmu- w końcu działalność twórcy "Dużej ilości psów naraz" miała rozpocząć się dopiero za jakiś czas. Wyobraźcie sobie teraz najgorsze uderzenie, jakie dostaliście w życiu i pomnóżcie to razy trzy. Macie teraz ułamek uczucia, jakiego doznaliśmy widząc kolejkę po te komiksy. Słodki Jezu! tak jak istnieje matka wśród bomb, to właśnie mogła być matka wśród kolejek. Przez pierwsze trzydzieści minut staliśmy właściwie w "kolejce do kolejki". Czekanie było połączone z iście wisielczym humorem. Przecież zaraz mogliśmy się dowiedzieć, na czym polegał  fenomen stania w kolejce w okresie PRL-u, w którym można było stać, a na końcu okazywało się, że towaru zabrakło. Te obawy były podsycane dodatkowo przez zapowiedzi Dema, że najprawdopodobniej towaru nie starczy. Kiedy dotarliśmy do kolejki właściwej poczuliśmy się, jak tonący, kiedy już prawie widzi jak promienie słońca przebijają się przez taflę lodowatej wody. Dwie osoby przede mną komiksów zabrakło... Pozostały tylko te darmowe, oraz przypinki. Nie czułem smutku, ani gniewu. Po prostu pustkę. Po czymś takim, jak prawie godzina czekania, nie dostać niczego, na czym człowiekowi zależało? To należało zajeść. Skierowaliśmy się do PCC...

    Koniec tego użalania się, przecież nie o tym chcecie czytać. Skoro już zacząłem wspominać o stoiskach i wystawcach, to pociągnijmy dalej ten temat. Mnogość. To właśnie słowo oddaję ilość rzeczy, które można było nabyć na Pyrkonie. Książki i komiksy to standard prawda? Koszulki z motywami z książek, filmów i gier to też nic niezwykłego. Podobnie gry planszowe, bitewne, kości do gry itp. Audiobooki komiksów są może trochę dziwne, ale ok, przełkniemy to. Suknie stylizowane na średniowieczne motywy... Zaraz, co!? Tak, wystawcy oferowali naprawdę wszystko, co miało jakikolwiek związek z fantastyką. Oprawiane w skórę notatniki, kałamarze, pióra do pisania, repliki toporów, tarcz i mieczy, sprzęt dla cosplay'erów, czapki, hełmy- wszystko! Miliony powodów na to, aby stracić zawartość sakiewki a potem tłumaczyć się przed rodziną, na co poszła cała wypłata. Innym fenomenem, który zobaczyliśmy razem z Pawłem, były figurki z serialów, książek, filmów i gier. Obowiązkowy element każdego biurka geeka, który ma bogatych rodziców, albo jest dobrze zarabiającym informatykiem.  Poniżej kilka znanych postaci wykonanych z plastiku- enjoy!









    Jest jednak jedna rzecz, która przebija to wszystko. Nie da się tego kupić, ani zdobyć od tego podpisu. Jest to ten niesamowity duch i atmosfera. Są to te trzy dni, w trakcie których nerdzi i geeki wychodzą ze swoich norek i uprawiają swoją pasję w plenerze. To jedyne miejsce na ziemi i jedyny taki czas, kiedy głośna dyskusja na tematy związane z grami, bądź książkami nie zostaną skwitowane podejrzliwym spojrzeniem z ukosa. No, chyba że tym kimś jestem ja. Dla mnie rozmowy niektórych graczy mogłyby być prowadzone równie dobrze po węgiersku, a rozumiałbym niewiele mniej. Niemniej czułem się wspaniale, kiedy udawało mi się nawiązywać kontakt z kompletnie nieznanymi osobami, niezależnie, czy stałem w kolejce, czy słuchałem wykładu na temat ogarniętości. W takich momentach można poczuć się dumnym, poczuć odrębność. Pomyśleć sobie- "Gdzieś tam jesteśmy bandą wykolejeńców- tutaj jesteśmy w swoim świecie". I to jest według mnie najważniejsza cecha tego typu konwentów. Tak jak wspominałem na początku. Albo ci się to spodoba i wsiąkniesz na zawsze, albo odrzuci cię to i nie wrócisz nigdy więcej. Kończę zatem moją historię w sposób pozytywny, nie tylko z powodu tej metafizycznej otoczki, ale także ze względu na to, że zdobyłem oryginalny obrazek prosto od Dema. Nieważne, że narysowany na darmowym komiksie! 

1 komentarz: