O życiu, którego nie przyjął by nikt. O pasji, która męczy jak tortura. O miłości, która sprawia ból.
I to już koniec! 90 minuta spotkania, Arsenal remisuje z Southampton 2-2. Wyrównany mecz, dwie głupio stracone bramki przez Kanonierów sprawiają, że tracą fotel lidera na rzecz Manchesteru City. Czeka nas pasjonujący sezon. Do usłyszenia...
Co widzicie czytając powyższy tekst? Zapewne krótkie podsumowanie tego, co wydarzyło się pewnego wtorkowego wieczoru. Zwykły ligowy mecz, jakich jest trzydzieści osiem w przeciągu całego sezonu. Dla niezaangażowanego widza, zapewne było to dobre widowisko. Teoretycznie słabsza drużyna zdominowała faworyta, nie dała mu składnie rozgrywać akcji, w końcu strzeliła bramkę, wszystko to na własnym stadionie, przy akompaniamencie głośnego dopingu kibiców the Saints. W drugiej połowie Arsenal otrząsnął się z szoku i był w stanie strzelić dwie bramki, dające im prowadzenie i teoretycznie powodujące spokój w grze. Nic bardziej mylnego! Niecałe dwie minuty później pada bramka wyrównująca, a Wojtek Szczęsny wyjmuje piłkę z siatki. The Gunners kończą mecz w dziesiątkę, ponieważ za brutalne wejście obiema nogami z boiska wyrzucony został Mathieu Flamini. Szybki, ekscytujący mecz, czego chcieć więcej?
Uwierzcie mi lub nie, ale jeżeli taka byłaby Twoja opinia, Drogi Czytelniku, to po rozmowie ze mną na temat ostatniego spotkania Arsenalu, mógłbyś uznać, że chyba oglądałeś inne spotkanie. W mojej opinii mecz był prawdziwym koszmarem, pierwsza połowa wprawiła mnie w otępienie, początek drugiej był z kolei zlepkiem tak skrajnych emocji, jak wybuchy euforii i napływ smutku. Podsumowuje to wszystko stwierdzeniem, że był to jeden z tych meczów, o których należy szybko zapomnieć. Odprowadzasz mnie zdziwionym spojrzeniem, mimowolnie zwracając uwagę, na znajdującą się na mojej głowie, nie pasującą kompletnie do niczego czerwoną czapkę z herbem pewnego klubu.
Nikt z tzw. "Tymczasowych kibiców"; czyli ludzi oglądających mecze, gdy gra ktoś ciekawy, nie będzie w stanie zrozumieć kibiców, którzy będą w stanie śledzić postępy swojej drużyny, spędzając wakacje pod palmami, denerwować się podczas pucharowych spotkań z trzecioligowcami, oraz piszczeć z zachwytu, kiedy na murawie pojawi się dobrze rokujący zawodnik z młodzieżówki. Nikt nie będzie patrzeć normalnym wzrokiem na człowieka, który zna nie tylko wszystkich z podstawowej jedenastki i rezerw, ale także ze wspomnianych "młodzików"; trenera i jego asystentów, prezydenta klubu, dyrektora sportowego, trenera młodzież, a nawet kucharza! Nie zdziwię się, jeżeli pewne środowiska uznają mnie za wariata, kiedy jak na szpilkach będę oczekiwał meczu z 11 drużyną Premier League, który nawet nie jest transmitowany w Internecie. Ale bramkę, która w trakcie takiego meczu padła(Wilshere-Norwich) widzieli wszyscy i nagle wszyscy mówią o akcjach "jak z Playstation"; zachwycają i deklarują miłość do Kanonierów na wieki. A mi wydawało się, że tydzień wcześniej mówili coś o Messim...
Jesteśmy kastą dziwaków, odszczepieńców, skazanymi na pożarcie przez establishment grupą nie pasujących do współczesnych czasów idealistów. W czasie, kiedy najbardziej popularnymi klubami są drużyny z Barcelony i Madrytu, trudno prawdziwym kibicom tych ekip wybić się ponad tych, którzy są "za nimi" tylko dlatego, że są znani i ciągle wygrywają. Co gorsza, dla prawdziwego kibica nie ma nic gorszego, niż tak usłyszany tekst: "Ty chyba nie jesteś prawdziwym kibicem, widziałem już dzisiaj trzech, którzy tak mówili". Nikt z nas, ludzi, którzy oddają dobre zdrowie i samopoczucie w dniu meczu, nie jest w stanie zdzierżyć takiej obelgi. Dla mnie takie określenie ma taki sam kaliber, jak pomyje wylewane na moją rodzinę.
"Ale,ale! Miało być o siwieniu, a jakie powody do siwizny mogą mieć kibice FC Barcelony, co?" Uwierzcie mi, mam w rodzinie fana Barcy i pomimo tego, że często wzbiera we mnie gniew i szaleńczy błysk włącza mi się w oku, w momencie kiedy wychwala swoją drużynę pod niebiosa, to przecież i jemu zdarzają się nerwówki. Blaugrana przecież nie zawsze wygrywa, zdarza się jej przez cały mecz męczyć niemiłosiernie, a piłka jak zaczarowana nie chcę znaleźć drogi do bramki. Arsenal za to na upartego stara się wjechać w bramkę rywala, zamiast szybkiej kontry preferując powolne budowanie akcji. I jeszcze to perfidne marnowanie akcji, nie zapomnę, jak bramkarz w meczu West Ham United-Arsenal, leżał na linii bramkowej po obronie pierwszego strzału, a dobijający Aaron Ramsey walnął prosto na bramkę... i przy okazji prosto w goalkeepera. To był chyba jedyny raz, kiedy odszedłem od telewizora, bo nie mogłem w stanie oglądać dalej tego meczu. Jestem w stanie się założyć, że jak tak dalej pójdzie, to częściową łysinę będę miał już w wieku około trzydziestu lat. Rześcy i młodzi rówieśnicy będą patrzyć z politowaniem, jak będąc członkiem poważnej korporacji przychodzę do pracy w klubowym szaliku.
Kibic nigdy nie chowa emocji do środka. Nie zdziwcie się, jeżeli odwiedzicie mój dom w trakcie meczu, a ja po jakiejś nieudanej akcji ryknę z bólu, niczym powalony przez TIR-a łoś. Najbardziej cierpi na tym moja rodzina, która chcąc nie chcąc również bierze udział w widowisku. Denerwuje mnie tylko, jak lekko do tego podchodzi. Zabawne przekręcanie nazwisk piłkarzy, komentowanie, czy wreszcie nazywanie mnie "asystentem trenera Wengera"; kiedy mówię, jak powinna być rozegrana ta nieudana akcja. Ale wiecie, naprawdę lewa flanka była wolna. Chcę ich(rodzinę) serdecznie przeprosić, za te wszystkie słowa wypowiedziane przeciw nim w futbolowym szale, kiedy to nie liczy się nic innego, niż wynik na tablicy po dziewięćdziesięciu minutach walki na boisku. Nawet sprawdzian z matmy, który miałem mieć następnego dnia po delegacji na St. Mary Stadium nie mógł spowodować, że odpuszczę sobie mecz. To w końcu więcej niż gra. To moja pasja, moje życie, mój Arsenal
Twój ból, ale to ja słucham twoich krzyków... :p
OdpowiedzUsuńi ja też :p
OdpowiedzUsuń