Jazda upływa na słuchaniu najnowszej płyty Davida Gahan'a i ekipy, zatytułowanej "Delta Machine". Wsłuchując się w elektroniczne brzmienie syntezatorów i głęboki wokal powoli wpisujemy się w nastrój poniedziałkowego wieczoru. W końcu nie wytrzymuję i ze zdenerwowania muszę zacząć słuchać czegoś innego, zwłaszcza, że płyta zaczyna lecieć drugi raz.
Po ostatnim postoju w łódzkim McDonaldzie(po raz pierwszy od lata widziałem tam gościa w krótkich spodenkach i bezrękawniku- Łódź to chyba dość dziwne miasto) lądujemy w końcu pod Atlas Areną. W trakcie jazdy srebrną limuzyną marki Volkswagen w mojej głowie urodził się pomysł, aby tą monumentalną konstrukcję uwiecznić na zdjęciu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy ta niby ogromna hala w nocy prezentowała się wcale średnio. No ale cóż, nie przyjechałem tutaj zwiedzać łódzkich zabytków ale zatopić się w New Romantic w wykonaniu Depeche Mode.
Zanim jednak oddamy bilety do skasowania niech ktoś mi uświadomi jedną rzecz. Jakim cudem przez jakieś pięćset metrów przed wejściem co chwilę natykam się ludzi chcących sprzedać bilet, a obok nich stoją goście z karteczką w stylu: "Kupię bilet"? Jest popyt, jest podaż, ale transakcja za cholerę nie chcę zajść. W przypływie desperacji wyciągnąłem nawet zużyty bilet komunikacji MPK, chcąc zgarnąć parę grosza, ale najwidoczniej nikt nie dał się nabrać. Jeszcze lepsi są cwaniacy, którzy próbują od nas wyciągnąć od nas wejściówki bez jakiejkolwiek zapłaty. "Przygarnę bilet"!? Człowieku, ty możesz przygarnąć biedne zwierzę, lub chorego w potrzebie, ale od mojego biletu trzymaj się z daleka!
Pierwsze, co czujemy po wejściu do hali? "Jezus, jak tutaj jest gorąco"! Jedno trzeba organizatorom przyznać. Klimatyzacja i cyrkulacja powietrza w tym zamkniętym pomieszczeniu leży i błaga o pomstę do nieba. W tym momencie zaczynam rozumieć gościa w krótkich gaciach, którego spotkałem wcześniej, chętnie bym się teraz z nim zamienił. No ale nikt nie wspominał, że przez cały czas będzie przyjemnie.
Co ja gadam, przez cały czas jest przyjemnie! Zanim jednak na scenie pojawiła się ekipa z Wielkiej Brytanii, rolę rozgrzewaczy przyjęła na siebie ekipa Choir of Young Belivers. Grupa o dość ciekawym połączeniu elektroniki z brzmieniem gitary- idealne jako przystawka do Depeche Mode, zainteresowanym polecam poszperać na YouTube.
Z tłumu coraz częściej dobiegają opętańcze ryki, o prostym wydźwięku-"Depeche Mode!". Atmosfera staję się coraz bardziej nerwowa, ja również siedzę jak na szpilkach, co chwila spoglądając na zegar po drugiej stronie hali, w duchu odliczając powoli czas do godz. 21. Przy okazji wraca tata z wodą- nieodłączny element koncertowego wyposażenia, jeżeli nie chcecie, aby wasze gardło następnego dnia przypomniało zdetonowane pole minowe. Jednego tylko do tej pory nie mogę zrozumieć. Dlaczego do tych butelek nie dali zakrętek. Przecież nie jest to mecz piłkarski, gdzie ewentualne śmiercionośne kawałki plastiku niosły by śmierć i pożogę. To koncert, na który przyjeżdżają ludzie, którzy są w stanie wydać kosmiczne pieniądze dla swojego ulubionego zespołu. Proszę, jeżeli ktoś zna logiczny powód owego stanu rzeczy, o wyjaśnienie w komentarzach pod wpisem.
I oto z olbrzymich głośników dobiegają dobrze znane dźwięki utworu "Welcome to my World". Czy może być coś lepszego na rozpoczęcie, niż piosenka o takim tytule? Nie będę wam tutaj opisywał całego koncertu, ponieważ spędzilibyście na lekturze coś koło dwóch godzin, a tego chcę uniknąć(jest tutaj cała masa innych tekstów do przeczytania ;)). Skupię się zatem na najważniejszych aspektach całego koncertu. Po pierwsze forma wykonawców. Powiem tylko tyle, że ja w wieku Davida Gahana chciałbym się tak poruszać! Facet jest niesamowity, obraca się, wskakuję na pudła wokół sceny, wykonuje istne erotopodobne ruchy na statywie mikrofonu i zachowuję się, jakby miał około dwudziestu lat i chciał przyciągnąć wrzeszczące fanki. Tyle tylko, że fanki również z biegiem lat się postarzały, co mogę potwierdzić, ponieważ na trybunach prawdopodobnie średnia wieku była powyżej trzydziestki, o ile nie wyżej(aczkolwiek widziałem ekstremalny przypadek ojca z maksymalnie rocznym dzieckiem, uzbrojonym w słuchawki- czyżby chęć zaszczepienia miłości od małego?).
Po drugie repertuar. Dominowała dwoistość, z jednej strony na początku można było usłyszeć sporo "Delta Machine", żeby potem skierować się w stronę klasyki. Nie da się ukryć, że te drugie znacznie bardziej rozbudzały publikę, może dlatego, że była to muzyka, która zdominowała ich pokolenie i czasy. Ja ze względu na swój wiek bawiłem się świetnie zarówno na świeżynkach jak i klasykach. Należy wspomnieć, że kiedy główny wokalista musiał chwilę odpocząć, jego miejsce zajmował Martin Gore, główny gitarzysta i człowiek o prawdopodobnie jednej z najbardziej dziwnych fryzur w historii muzyki(Ci, którzy nie wiedzą o co chodzi, niech sprawdzą w Google Grafika). Śpiewał on głównie wolne kawałki, dając wytchnienie nie tylko reszcie ekipy, ale także i nam. To były jedyne momenty, w trakcie których można było spokojnie usiąść i zwilżyć gardło. Poniżej próbka muzyki z koncertu, tylko ostrzegam- pod wpływem emocji nie kontrolowałem swoich niewątpliwie genialnych zdolności wokalnych, dlatego aby nie paść na zawał z zachwytu nie słuchajcie zbyt głośno- a moich znajomych ze szkoły proszę o zbyt głośne nie śmianie się na korytarzu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz