niedziela, 9 lutego 2014

Narty,Pizza i "Przedwiośnie"- Białe szaleństwo z lenonkami w tle

Wypad na narty to kwintesencja ferii- sprawdźcie, jak to było u mnie

   Ta historia zaczyna się tak, jak każdy dłuższy wypad. Od jazdy samochodem. Ponieważ jestem burżujem i mogę sobie na wiele rzeczy pozwolić, nie pojechałem w Tatry ani Bieszczady, dla mnie "w góry, na Mazury" to już za mało. Największą radość z jazdy na nartach czerpię na Kronplatz'u, położonym w północnej części Włoch. Niestety, moja rodzina nie jest aż tak bogata, aby pozwolić sobie na prywatny odrzutowiec, w związku z czym  o godzinie szóstej nad ranem(w dni wolne powinna to być godzina, o której człowiek idzie spać, a nie wstaje) wpakowaliśmy się w nasz krążownik szos i pomknęliśmy... przez bite jedenaście godzin. Znaczy ja niewiele z tego pamiętam, ponieważ tak nieludzko potraktowany oparłem głowę o poduszkę i poszedłem spać. Nie wiem jak wy, ale ja za każdym razem, kiedy podróż przekracza dwie godziny, zaczynam powoli się nudzić. W trakcie tak długich wypadów jest kilka sposobów na zabicie czasu- spanie,słuchanie muzyki, wkurzanie siostry siedzącej obok(nie polecam- może skutkować wydaleniem z auta!). Książka też jest spoko, chyba że ktoś cierpi na chorobę lokomocyjną i po przeczytaniu pierwszego rozdziału musi nabrać świeżego powietrza, bo inaczej zmieni się kolor tapicerki.

   Załóżmy, że już przetrwaliśmy podróż w jedną stronę i siedzimy sobie wygodnie w zakupionym apartamencie. Tak tak, stać nas, nie będziemy się gnieść w ciasnym pokoiku hotelowym ze wspólną toaletą na środku korytarza. Aczkolwiek gotować musimy sobie sami, co nie jest problemem przy tutejszych cenach makaronu. Teraz musimy coś zrobić z naszym sprzętem-narty,buty,kijki, kaski i gogle. W końcu po to przyjechaliśmy(oraz po to, aby obeżreć się pizzą, wszystko w swoim czasie). Najlepszym rozwiązaniem jest wliczony w cenę Skibox niedaleko wyciągu. Rozwiązanie genialne w swojej prostocie- całość targamy tylko dwa razy i zostawiamy na miejscu, wygodne i tanie. Jeszcze tylko kupujemy karnety i już z niecierpliwością wyczekujemy dnia następnego.

   Poranek, słonko delikatnie przyświeca przez okno w sypialni. Nadszedł czas na porządne śniadanie i wdzianie na siebie dwóch kilogramów bielizny narciarskiej. Tak, jeżeli ten sposób spędzania wolnego czasu ma jakąś wadę, to jest to konieczność ubierania grubych skarpet, kalesonów itp. Opatuleni niczym niedźwiedzie polarne w trakcie burzy śnieżnej kierujemy się po wcześniej zostawiony sprzęt. Mówiłem, że jak nie trzeba będzie go nosić to będzie wygodniej? Zakładamy buty, uzbrajamy się w kaski i wsiadamy do wyciągu... Zaraz, a gdzie moje narty!!!
  
   Naszym oczom ukazuję się widok jak z bajki, albo namalowanego przez wrażliwego artystę obrazu. Majestatyczne góry, oplatające dolinę, niczym ramiona kochanki. Bielejące szczyty, chmury przelewające się przez nie, niczym biały puch. Nacieszyliście oczy? Dobra, to odkładamy przewodnik po trasach i rzucamy okiem na rzeczywistość. Dlaczego tutaj tak szaro? Przecież rok temu słońce waliło po oczach aż miło, a śnieg wprost oślepiał. Jedyne co teraz oślepia to mgła stojąca w poprzek stoku. Ale nie ma co narzekać, przyjechaliśmy tutaj by jeździć, a nie podziwiać widoki. Pierwsze jazdy są dość nerwowe, nie mieliśmy przecież naszych dwóch desek na nogach przez okrągły rok. Kilka próbnych zjazdów po niebieskiej trasie, szybka ocena, na co możemy sobie dzisiaj pozwolić, kiwamy rodzicom na "do widzenia" i już możemy mknąć i poznawać nowe stoki! Słyszałem, że ta czerwona jest dość ciekawa, a może jednak wybierzemy tą niebieską, którą ostatnio wytyczyli. Czarną zostawimy sobie, jako końcowe wyzwanie. No to szusujemy!
    Uff, przerwa! Musimy na chwilę odpocząć, nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Jak na pierwszy raz od dawna nie było źle. Przejechaliśmy się tą nową, długą czerwoną, która ma prawie sześć kilometrów! Zobaczyliśmy nowe wagoniki, grzejące w tyłek i z dostępem do wi-fi. Tak, technologia jutra dziś. Ale krótki odpoczynek musi być, pomimo dziewięciu lat zdobywania stoków, żaden ze mnie Bode Miller. Co oferuje nam Kronplatz? Jest główna restauracja na szczycie, z wieloma miejscami i dużym wyborem, jednak ceny zwalają z nóg- prawie dziewięć euro za "plastic pizzę" to trochę dużo. Niedawno moja rodzina dokonała jednak interesującego odkrycia. Należy do niego wprawdzie pokonać kilka stoków, ale gra, jak to mówią, jest warta świeczki. Na samym dole funkcjonuje knajpa na powietrzu, serwująca prawdziwą włoską pizzę prosto z pieca. Nie blefuje, wielkie talerze wyciągnięte w ciągu siedmiu minut z rozgrzanego, obracającego się w środku urządzenia, do produkcji masowej radości. W sam raz, aby napełnić żołądki i spalić kalorie na stoku. Perpetum Mobile?
    Koniec na dziś, zjeżdżamy czerwoną na sam dół i idziemy do Skiboxa. Jakie są moje pierwsze słowa? O mój Boże!- Tak właśnie się czuje, kiedy z nóg ściągam ciężkie i niewygodne buciory, które być może chronią mnie przed złamaniem, ale jednocześnie odcinają dopływ krwi(amputacja i te sprawy). Ci, którzy dawali z siebie na stoku wszystko i jeszcze trochę więcej, wiedzą, jaką radość przynosi zdejmowanie sprzętu. Pierwsze kroki po powrocie nie kierujemy do sypialni, ale prosto pod prysznic, ponieważ zdejmowana bielizna dosłownie się do nas lepi. Jak dobrze znowu być czystym! Najbardziej okropne w tym wszystkim jest to, że za kilka dni znowu będzie trzeba to ubrać, a wtedy smród będzie niemiłosierny. Na całe szczęście mamy pralkę... Mamo!
   Co można robić w wolnym czasie, oprócz leżenia na łóżku w stylu "zdechł pies"? Możemy się przejść! Brzmi jak szaleństwo, ale nasz wypad nie może składać się tylko i wyłącznie z kursów apartament-wyciąg-ewentualny sklep. Latem zapewne jest tutaj cała masa spragnionych wspinaczki szaleńców, ale teraz nikt nie chodzi na dłuższe spacery. My również nie zamierzamy poświęcać się, bo nogi się "odzywają", ale widoki skutecznie zachęcają do dalszego zwiedzania. Jako ciekawostkę o okolicy powiem tylko tyle, że włoski jest tutaj traktowany jako dodatkowy język, a podstawowym jest niemiecki. Paradoks? Błąd w ewolucji? Uważaliście na historii? Dobra, ci co podnieśli ręce są oszukistami i powinni siedzieć cicho. W skrócie tylko powiem, że Południowy Tyrol był stosunkowo niedawno przyłączany do Włoch, dlatego też większość mieszkańców bardziej czuje się Austriakami niż Włochami. Co skutkuje tym, że mogłem się w miarę dogadać, a jedzenie było czystym ideałem- połączenie niemieckiej i włoskiej kuchni to prawdziwa symfonia dla kubków smakowych.
  
  Jest wieczór, nawet we Włoszech odbieramy Polską telewizję, jednak tylko Polonię i Puls. Nic zachęcającego. Ferie to dobry czas na nadrabianie kulturowych zaległości. Chyba że jesteście na profilu humanistycznym i czytanie "Gry Endera" musicie przerywać na rzecz "Przedwiośnia". Przeklinam cię Cezary Baryko! Jednak oprócz książek dokonałem innego, fascynującego odkrycia. Zabrałem ze sobą całkiem sporo filmów, jednak nie obejrzałem żadnego. Dlaczego? Ponieważ zabrałem również ze sobą pierwszy sezon serialu "Lost". Tyle się o nim nasłuchałem, a nigdy nie miałem okazji by obejrzeć. Uwaga uwaga! Wciąga jak cholera, nie było dnia, abym nie obejrzał pod rząd trzech odcinków. Chyba muszę zacząć szukać sezonu drugiego...
   Podsumowanie? Naprawdę było warto, nie spotkałem się być może ze zbyt dużą ilością znajomych, wszystkie ładne dziewczyny mówiły po niemiecku i jakiś idiota zajechał mi drogę, przez co bezlitośnie huknąłem o ziemię, ale jestem szczęśliwy jak mało kto. Dokonałem odkrycia "Lostów"; przeczytałem niezłą książkę, nadrobiłem lekturę, obżarłem się pizzą, oglądnąłem debilny horror na Pulsie(o tym przeczytacie już niedługo). Wymarzone wakacje? Kto wie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz