"Porzućcie nadzieję, którzy tu wchodzicie"- taki napis widnieję na drzwiach do mojego pokoju. Czyli kilka słów o sobotnim sprzątaniu.
Otwieram oczy. A w zasadzie staram się pokonać barierę nie do przebicia, złożoną z nadmiaru snu. Jeżeli człowiek codziennie śpi tylko po sześć godzin, a potem nagle organizm może spokojnie poleżeć sobie osiem, to zaczyna się rozleniwiać, niczym głupiutkie zwierzątko, któremu podkłada się karmę pod nos. Zwlekam się z łóżka, drepczę powoli po schodach. W głowie mam tylko jedno: śniadanie. Do gardła wpada ożywiająca manna z nieba, złożona z przetworzonego i przesłodzonego mleka, oraz płatków pszenicznych tylko z nazwy. Ale co tam, ważne, że żyję i mam energię do działania. Głowę mam pełną pomysłów. "Może się dziś pouczę? Zrobię projekt na historię? A może pójdę pobiegać?". Tak, dzień jak z bajki. Z radosnym wyrazem twarzy wkraczam z powrotem do swojego pokoju...O Matko Boska! Gdyby spojrzał w tym momencie w lustro, ujrzałbym prawdopodobnie twarz mężczyzny, który dowiedział się, że został ojcem. Pokój wygląda, jakby przebiegło po nim stado dzikich bawołów, wiozących w dodatku na plecach dzieci z ADHD. Dokładny opis tego, co ujrzały moje oczęta jest zbyt drastyczny dla rozwijających się umysłów młodych ludzi, dlatego pozwoliłem sobie go pominąć.
W tygodniu nie mamy czasu na sprzątanie. Wiecie jak to wygląda: Wracacie styrani ze szkoły, bądź z pracy i idziecie na obiad. W tym momencie zegar pokazuje godzinę, która sugeruję zajęciem się lekcjami, bądź zabraną do domu umową do dokończenia. Potem pewno telewizja, Facebook, obowiązkowa lektura. I jeżeli chcemy wyglądać w miarę dobrze następnego dnia idziemy spać. W ten sposób mija pięć dni, a góra pustych opakowań po pizzy, czipsach, batonikach i innych cudach rośnie, krzesło powoli zaś zamienia się w szafę. Aż nadchodzi sobota, teoretycznie obowiązków jest mniej i niczym Szaweł w drodze do Damaszku doznajemy olśnienia. Ale powiem wam, nie jest to coś, co chcielibyście doznawać codziennie.
Po okresie zaprzeczenia i ucieczki do szafy, postanawiam stawić czoła potworowi ze zużytych koszulek, bielizny i innych pozostałości nieznanego pochodzenia. Uzbrajam się w odkurzacz, okrutny worek na śmieci, rękawiczki ochronne i testament. Gdybym miał maskę gazową i kombinezon anty-radiacyjny też bym się w nie uzbroił, ale niestety, Rockefellerem się nie narodziłem. Jeszcze tylko znak krzyża i do boju!
Poddaję się, biała flaga, Pardon! Nie mam już sił, wracam na tarczy. Po nierównej walce, pełnej brudnych chwytów i ciosów poniżej miotły, uciekam z pola bitwy niczym Najman z ringu, znaczy się ja walczyłem dłużej niż jedenaście sekund. I co teraz biedny mam zrobić? Wzywać ciężką artylerię w postaci Mamy, ratować się miotaczem płomieni z dezodorantu i zapalniczki, a może pójść na całość i odpalić taktyczny ładunek nuklearny. Decyduję się na wariant najprostszy i zamykam drzwi. Wiem, że uciekanie od problemów to nie najlepsza metoda na ich rozwiązywanie, ale widzieliście tego trupa w szafie!?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz