niedziela, 20 kwietnia 2014

Mecz marzeń? Moja wyprawa na Wembley



Poziom hałasu dookoła nas osiąga swój szczyt. Niezliczona ilość gardeł wydaję z siebie niski dźwięk, nogi odruchowo tupią w podłogę, a wzrok skupiony jest na jednym miejscu boiska. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podchodzi jeden z zawodników Wigan Athletics. Naprzeciwko siebie ma tylko i wyłącznie polskiego bramkarza. Jeszcze chwila i wszystko się wyjaśni. Sędzia Michael Olivier gwiżdże…



Wszystko zaczyna się praktycznie od samego rana. Atmosferę czuć już od około godziny jedenastej. Do meczu zostało jeszcze ponad siedem godzin, a na ulicy i w kawiarniach już można zobaczyć fanów z szalikami i w klubowych koszulkach. Północny Londyn oddycha dzisiejszym świętem. Ja również wpasowuję się w atmosferę tego dnia. W końcu ma to być pierwszy mecz mojej ukochanej drużyny, który obejrzę na żywo z trybun i to nie byle jakich trybun, tylko najważniejszej świątyni angielskiej piłki- Wembley. Wszystko to, co wydarzyło się w ciągu tego dnia do godziny szesnastej praktycznie się nie liczy. Zarówno przy brytyjskich tostach, jak i w trakcie poruszania się słynnym „Tube”, po mojej głowie krążą tylko i wyłącznie myśli o meczu, może z wyjątkiem chwili, kiedy dowiaduję się, że oryginalne koszulki meczowe zostały w całości wyprzedane.

Jadąc na mecz nie potrzeba znać mapy londyńskiego metra. Wystarczy dojechać do King’s Cross ST. Pancras i już możemy wtopić się w tłum podobnych nam szaleńców. Wprawdzie nie słychać jeszcze wydobywających się z gardeł klubowych przyśpiewek, ale jeżeli dobrze opanowaliśmy londyński angielski, to możemy usłyszeć ciche komentarze na temat nadchodzącego spotkania. Ja denerwuje się podwójnie. Po pierwsze to w końcu Arsenal- drużyna nieobliczalna i nieprzewidywalna, za często niestety w negatywnym znaczeniu tego słowa. Ile to już razy przegrywali z drużynami z dołów tabeli, czy choćby z niższych lig(pamiętny finał Pucharu Ligi z Birmingham City). A przecież w poprzedniej rundzie The Lactics wyrzucili przecież Manchester City- futbolowego molocha z innej piłkarskiej galaktyki. W tym sensie denerwuje się jako kibic. Gdyby jednak faktycznie spełnił się najczarniejszy scenariusz, to poniósłbym porażkę również jako syn. Bilety na ten mecz kosztowały małą fortunę, coś w okolicach średniej krajowej- dla mojej rodziny majątek. A doliczcie jeszcze do tego koszty przelotu i konieczność przedłużenia nocy w hotelu, ponieważ początkowo miałem obejrzeć derbowe starcie z West Ham United, ale ponieważ o dziwo Arsenal nie odpadł z nikim wcześniej, to trzeba było kompletnie przeorganizować plan wyjazdu i tylko łut szczęścia, dobra wola pracowników firmy sprzedającej bilety, a przede wszystkim upór rodziców sprawiły, że mogłem teraz się denerwować czekając na metro. I co, teraz te wszystkie wysiłki miałyby zostać zniweczone przez moją ukochaną drużynę?

Wreszcie na stacje zajeżdża nasz środek transportu- metaforyczny wehikuł do osiągnięcia kibicowskiego spełnienia.  Wchodzimy, a raczej pakujemy się do środka, ponieważ ilość chętnych do zabrania się jest niewspółmierna do ilości dostępnego miejsca. Ścisk jest niemiłosierny, ale da się przeżyć, w końcu nie po to przeleciałem tyle kilometrów żeby teraz się poddać.  W trakcie jazdy i nie tylko obserwuje ludzi, którzy dzielą ze mną miłość do klubu z armatą w herbie. Obserwuje ich zachowania, ot aby zabić nudę. Co najbardziej się rzuca w oczy to różnice pomiędzy traktowaniem się kibiców w Polsce i w Anglii. W trakcie podróży jechało z nami trzech kibiców z Wigan. U nas taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia, pomyślcie, zamknąć w jednym autobusie kibiców Wisły i trzech fanów Cracovii- po tych ostatnich nie został by najprawdopodobniej ślad. A tutaj? Żarciki, uszczypliwości, ale nic więcej. Atmosfera nad wyraz przyjazna. Widać, jak długą drogę przebyła angielska piłka i kultura kibicowania od czasów Hillsborough(wspomnieniem o tej tragedii rozpoczął się później mecz.)

Wreszcie po długiej i wyczerpującej jeździe docieramy pod stadion. Na horyzoncie majaczy majestatyczna budowla Wembley, a pod nią na całej długości drogi, od stacji metra do bram wejściowych, kłębi się osiemdziesięciotysięczny tłum ludzi. Widok jest powalający, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, który na zgromadzeniach masowych wszelkiego rodzaju pojawia się raczej rzadko. Znowu idziemy przemieszani, wciąż bez kłótni i zaczepek. Jeszcze tylko rutynowa kontrola i możemy już szukać swoich miejsc na trybunach. Tak! Miejsca mamy idealne! Nie dość, że dookoła sami kibice Arsenalu, to jeszcze widok na boisko jest znośny. Nie mogło się obyć bez pamiątkowego zdjęcia z ceremonialnie uniesionym szalikiem. W międzyczasie zagaduje mnie pilnujący porządku steward. Pyta mnie, co sądzę o meczu, jaki przewiduje wynik, a na moją odpowiedź, że to prezent na osiemnaste urodziny i na dodatek przyleciałem aż z Polski reaguje tylko żywiołowym „Really?”.

Po murawie biegają rozgrzewający się piłkarze, jest okazja aby złapać zdjęcia swoich idoli na żywo. Nerwowo spoglądam na telebim wyświetlający czas, z emocji niemalże nie mogę usiedzieć  na krzesełku. Wokół mnie pojawia się coraz więcej ludzi z czerwono-białymi szalikami. W głowie ponownie pojawiają się te nieznośne pesymistyczne myśli, co jeśli coś pójdzie nie tak?

Słyszałem potem od mamy, która oglądała całą transmisję w domu, że mecz był okropnie nudny. Nie da się ukryć, Arsenal nie zaprezentował swojej najlepszej piłki. Ja jednak czułem się tak, jakbym znalazł się na najlepszym meczu w swoim życiu. Mecze śledzone w domu i te, które spędzamy na trybunach to niemalże dwa różne widowiska. Ten ryk tłumu skandującego coraz to nowe przyśpiewki i żywiołowo reagujący na wydarzenia na boisku. Podryw z krzesełka! I znowu przysiad, bo Sanogo trafił w bramkarza. Kpiny z sędziego, kiedy źle zinterpretuje sytuację na boisku. Gwizdy na przeciwników, ale także na Kanonierów, bo za wolno biegają. Jakaś kobieta krzyczy na całe gardło „Come on Arsenal! Wake up!”. Za mną dwaj kibice komentują między sobą zachowanie piłkarzy. Ja nerwowo skubie szalik i spoglądam na cyfrowy zegar. Jak to? To już minęło czterdzieści minut?

W trakcie spotkania tylko raz puściły mi nerwy, oczywiście w chwili, kiedy to sędzia główny podyktował niesłusznie(przynajmniej wtedy tak się wydawało) rzut karny przeciwko Arsenalowi. Powiem tylko tyle, że zachowałem się jak mieszkaniec East Endu i w wulgarnych słowach zbluzgałem sędziego i pokazałem parę niewybrednych gestów. Na całe szczęście byłem w tym gwałtownym odruchu osamotniony, przez co dosyć szybko krew przestała we mnie wrzeć i powiedziałem sobie skromne mea culpa. Chociaż nie, jeszcze przed przerwą, kiedy to część kibiców schodziła z trybun by zająć miejsce w kolejce po Fast-foody i do toalet, jeden z siedzących niedaleko mnie kibiców zaczął ich obrzucać niezbyt wyrafinowanymi epitetami na literę „f”. Ze względu na silny akcent nie wszystko udało mi się zrozumieć(może to i lepiej) ale jestem pewien, że chodziło coś o metaforyczne obżeranie się krewetkami. Wigan prowadzi zatem jeden do zera, a gra Kanonierów za nic nie chcę się poprawić. Pamiętacie te czarne myśli, które chodziły mi po głowie parę akapitów wyżej? Możecie sobie tylko wyobrazić zatem, jak mocno zagłębiłem się w plastikowym krzesełku.
Euforia! Wrzask! Hałas nie do opisania słowami! Krzyk rozdzierający bębenki uszne! Spontaniczne rzucenie się w ramiona kompletnie nieznanych sobie osób! Radość nie do opisania! Uwierzcie mi- pełnię szczęścia ze zdobytego gola można wyrazić tylko i wyłącznie na stadionie, gdzie nikt nie zwróci ci uwagi, że powinieneś się kontrolować. Tam nie ma żadnej kontroli. Nadzieja zatem wstaję z martwych, wydawać by się mogło, że to najpiękniejszy powrót od czasu wskrzeszenia Łazarza! Do końca regulaminowego czasu Arsenal naciska, ale nie jest w stanie zmienić remisowego rezultatu. Czeka nas zatem co najmniej dodatkowe półgodziny gry. W ten właśnie sposób starał się mnie pocieszyć tata. Szczere chęci, nie da się ukryć, jednak ja wolałbym, aby już się to skończyło, aby Arsenal zmasakrował drugoligowca w pięknym stylu pięć do zera. Dogrywka nie przynosi rozstrzygnięcia, czeka nas zatem loteria- konkurs rzutów karnych. W tym właśnie momencie następuje pełna mobilizacja kibiców.

Na stadionie widać było znaczną przewagę czerwonego nad niebieskim, jednak słychać już było znacznie słabiej. Na ten fakt pewnie miało wpływ to, że kibice przyjezdni stłoczeni byli w jednym miejscu i mogli łatwiej się mobilizować, dlatego czasem kompletnie zagłuszali rozproszonych Gooners. Jednak w decydującym momencie każdy wiedział, kiedy należy gwizdać i buczeć co sił w zmęczonych płucach, a kiedy śpiewać peany i pieśni pochwalne. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podchodzi jeden z zawodników Wigan Athletics…

To co się wydarzyło potem pamiętam jak przez mgłę: Buczenie i tupanie, niepohamowana radość, kiedy Łukasz Fabiański obronił pierwszego karnego, a Mikel Arteta wbił gola dla Arsenalu. Potem znowu Fabiański, aż w końcu rozstrzygającego gola ma strzelić Santi Cazorla i robi to perfekcyjnie, ja zbiegam na dół trybuny, zdzieram gardło do końca(później rano nie będę mógł wymówić słowa) i przybijam piątkę z jednym z napakowanych kibiców. To jest nasz wieczór. Nie liczy się, jak długo stałem czekając na wejście na Wembley Station, nie liczy się to, że powrót do domu znacznie się opóźnił, ani to, że kibice Wigan patrzyli na nas krzywym wzrokiem. Dla mnie po opuszczeniu trybun liczył się fakt, że to moja drużyna wygrała, a ja mogłem tryumfalnie odśpiewać „She wore the yellow ribbon”. 

Po najwspanialszym meczu i prawdopodobniej jednym z najpiękniejszych wspomnień mojego życia patrzę w piłkarską przyszłość trochę optymistyczniej. Ciągle Arsenal nie może odpuszczać, nas kibiców zapewne ciągle zżerać jak rak będzie niepewność o to, na którym miejscu zastaniemy naszą drużynę pod koniec maja. Jednak niech nas wszystkich, wiernych kibiców, podnosi na duchu ujęcie z kamery na Wembley, które zapadło mi głęboko w pamięć. Leżący na murawie transparent, przepleciony żółtą wstążką z napisem „Believe”.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz