Wszystko zaczyna się
praktycznie od samego rana. Atmosferę czuć już od około godziny jedenastej. Do
meczu zostało jeszcze ponad siedem godzin, a na ulicy i w kawiarniach już można
zobaczyć fanów z szalikami i w klubowych koszulkach. Północny Londyn oddycha
dzisiejszym świętem. Ja również wpasowuję się w atmosferę tego dnia. W końcu ma
to być pierwszy mecz mojej ukochanej drużyny, który obejrzę na żywo z trybun i
to nie byle jakich trybun, tylko najważniejszej świątyni angielskiej piłki-
Wembley. Wszystko to, co wydarzyło się w ciągu tego dnia do godziny szesnastej
praktycznie się nie liczy. Zarówno przy brytyjskich tostach, jak i w trakcie
poruszania się słynnym „Tube”, po mojej głowie krążą tylko i wyłącznie myśli o
meczu, może z wyjątkiem chwili, kiedy dowiaduję się, że oryginalne koszulki
meczowe zostały w całości wyprzedane.
Jadąc na mecz nie
potrzeba znać mapy londyńskiego metra. Wystarczy dojechać do King’s Cross ST.
Pancras i już możemy wtopić się w tłum podobnych nam szaleńców. Wprawdzie nie
słychać jeszcze wydobywających się z gardeł klubowych przyśpiewek, ale jeżeli
dobrze opanowaliśmy londyński angielski, to możemy usłyszeć ciche komentarze na
temat nadchodzącego spotkania. Ja denerwuje się podwójnie. Po pierwsze to w
końcu Arsenal- drużyna nieobliczalna i nieprzewidywalna, za często niestety w
negatywnym znaczeniu tego słowa. Ile to już razy przegrywali z drużynami z
dołów tabeli, czy choćby z niższych lig(pamiętny finał Pucharu Ligi z
Birmingham City). A przecież w poprzedniej rundzie The Lactics wyrzucili
przecież Manchester City- futbolowego molocha z innej piłkarskiej galaktyki. W
tym sensie denerwuje się jako kibic. Gdyby jednak faktycznie spełnił się
najczarniejszy scenariusz, to poniósłbym porażkę również jako syn. Bilety na
ten mecz kosztowały małą fortunę, coś w okolicach średniej krajowej- dla mojej
rodziny majątek. A doliczcie jeszcze do tego koszty przelotu i konieczność
przedłużenia nocy w hotelu, ponieważ początkowo miałem obejrzeć derbowe starcie
z West Ham United, ale ponieważ o dziwo Arsenal nie odpadł z nikim wcześniej,
to trzeba było kompletnie przeorganizować plan wyjazdu i tylko łut szczęścia,
dobra wola pracowników firmy sprzedającej bilety, a przede wszystkim upór
rodziców sprawiły, że mogłem teraz się denerwować czekając na metro. I co,
teraz te wszystkie wysiłki miałyby zostać zniweczone przez moją ukochaną
drużynę?
Wreszcie na stacje
zajeżdża nasz środek transportu- metaforyczny wehikuł do osiągnięcia
kibicowskiego spełnienia. Wchodzimy, a
raczej pakujemy się do środka, ponieważ ilość chętnych do zabrania się jest
niewspółmierna do ilości dostępnego miejsca. Ścisk jest niemiłosierny, ale da
się przeżyć, w końcu nie po to przeleciałem tyle kilometrów żeby teraz się
poddać. W trakcie jazdy i nie tylko
obserwuje ludzi, którzy dzielą ze mną miłość do klubu z armatą w herbie.
Obserwuje ich zachowania, ot aby zabić nudę. Co najbardziej się rzuca w oczy to
różnice pomiędzy traktowaniem się kibiców w Polsce i w Anglii. W trakcie
podróży jechało z nami trzech kibiców z Wigan. U nas taka sytuacja byłaby nie
do pomyślenia, pomyślcie, zamknąć w jednym autobusie kibiców Wisły i trzech
fanów Cracovii- po tych ostatnich nie został by najprawdopodobniej ślad. A
tutaj? Żarciki, uszczypliwości, ale nic więcej. Atmosfera nad wyraz przyjazna.
Widać, jak długą drogę przebyła angielska piłka i kultura kibicowania od czasów
Hillsborough(wspomnieniem o tej tragedii rozpoczął się później mecz.)

Wreszcie po długiej i
wyczerpującej jeździe docieramy pod stadion. Na horyzoncie majaczy
majestatyczna budowla Wembley, a pod nią na całej długości drogi, od stacji
metra do bram wejściowych, kłębi się osiemdziesięciotysięczny tłum ludzi. Widok
jest powalający, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, który na zgromadzeniach
masowych wszelkiego rodzaju pojawia się raczej rzadko. Znowu idziemy
przemieszani, wciąż bez kłótni i zaczepek. Jeszcze tylko rutynowa kontrola i
możemy już szukać swoich miejsc na trybunach. Tak! Miejsca mamy idealne! Nie
dość, że dookoła sami kibice Arsenalu, to jeszcze widok na boisko jest znośny.
Nie mogło się obyć bez pamiątkowego zdjęcia z ceremonialnie uniesionym
szalikiem. W międzyczasie zagaduje mnie pilnujący porządku steward. Pyta mnie,
co sądzę o meczu, jaki przewiduje wynik, a na moją odpowiedź, że to prezent na
osiemnaste urodziny i na dodatek przyleciałem aż z Polski reaguje tylko
żywiołowym „Really?”.

Po murawie biegają
rozgrzewający się piłkarze, jest okazja aby złapać zdjęcia swoich idoli na
żywo. Nerwowo spoglądam na telebim wyświetlający czas, z emocji niemalże nie
mogę usiedzieć na krzesełku. Wokół mnie
pojawia się coraz więcej ludzi z czerwono-białymi szalikami. W głowie ponownie
pojawiają się te nieznośne pesymistyczne myśli, co jeśli coś pójdzie nie tak?
Słyszałem potem od mamy,
która oglądała całą transmisję w domu, że mecz był okropnie nudny. Nie da się
ukryć, Arsenal nie zaprezentował swojej najlepszej piłki. Ja jednak czułem się tak,
jakbym znalazł się na najlepszym meczu w swoim życiu. Mecze śledzone w domu i
te, które spędzamy na trybunach to niemalże dwa różne widowiska. Ten ryk tłumu
skandującego coraz to nowe przyśpiewki i żywiołowo reagujący na wydarzenia na
boisku. Podryw z krzesełka! I znowu przysiad, bo Sanogo trafił w bramkarza.
Kpiny z sędziego, kiedy źle zinterpretuje sytuację na boisku. Gwizdy na
przeciwników, ale także na Kanonierów, bo za wolno biegają. Jakaś kobieta
krzyczy na całe gardło „Come on Arsenal! Wake up!”. Za mną dwaj kibice
komentują między sobą zachowanie piłkarzy. Ja nerwowo skubie szalik i spoglądam
na cyfrowy zegar. Jak to? To już minęło czterdzieści minut?
W trakcie spotkania tylko
raz puściły mi nerwy, oczywiście w chwili, kiedy to sędzia główny podyktował
niesłusznie(przynajmniej wtedy tak się wydawało) rzut karny przeciwko
Arsenalowi. Powiem tylko tyle, że zachowałem się jak mieszkaniec East Endu i w
wulgarnych słowach zbluzgałem sędziego i pokazałem parę niewybrednych gestów.
Na całe szczęście byłem w tym gwałtownym odruchu osamotniony, przez co dosyć
szybko krew przestała we mnie wrzeć i powiedziałem sobie skromne mea culpa.
Chociaż nie, jeszcze przed przerwą, kiedy to część kibiców schodziła z trybun
by zająć miejsce w kolejce po Fast-foody i do toalet, jeden z siedzących
niedaleko mnie kibiców zaczął ich obrzucać niezbyt wyrafinowanymi epitetami na
literę „f”. Ze względu na silny akcent nie wszystko udało mi się zrozumieć(może
to i lepiej) ale jestem pewien, że chodziło coś o metaforyczne obżeranie się
krewetkami. Wigan prowadzi zatem jeden do zera, a gra Kanonierów za nic nie
chcę się poprawić. Pamiętacie te czarne myśli, które chodziły mi po głowie parę
akapitów wyżej? Możecie sobie tylko wyobrazić zatem, jak mocno zagłębiłem się w
plastikowym krzesełku.
Euforia! Wrzask! Hałas
nie do opisania słowami! Krzyk rozdzierający bębenki uszne! Spontaniczne
rzucenie się w ramiona kompletnie nieznanych sobie osób! Radość nie do
opisania! Uwierzcie mi- pełnię szczęścia ze zdobytego gola można wyrazić tylko i
wyłącznie na stadionie, gdzie nikt nie zwróci ci uwagi, że powinieneś się
kontrolować. Tam nie ma żadnej kontroli. Nadzieja zatem wstaję z martwych,
wydawać by się mogło, że to najpiękniejszy powrót od czasu wskrzeszenia
Łazarza! Do końca regulaminowego czasu Arsenal naciska, ale nie jest w stanie
zmienić remisowego rezultatu. Czeka nas zatem co najmniej dodatkowe półgodziny
gry. W ten właśnie sposób starał się mnie pocieszyć tata. Szczere chęci, nie da
się ukryć, jednak ja wolałbym, aby już się to skończyło, aby Arsenal
zmasakrował drugoligowca w pięknym stylu pięć do zera. Dogrywka nie przynosi
rozstrzygnięcia, czeka nas zatem loteria- konkurs rzutów karnych. W tym właśnie
momencie następuje pełna mobilizacja kibiców.
Na stadionie widać było
znaczną przewagę czerwonego nad niebieskim, jednak słychać już było znacznie
słabiej. Na ten fakt pewnie miało wpływ to, że kibice przyjezdni stłoczeni byli
w jednym miejscu i mogli łatwiej się mobilizować, dlatego czasem kompletnie
zagłuszali rozproszonych Gooners. Jednak w decydującym momencie każdy wiedział,
kiedy należy gwizdać i buczeć co sił w zmęczonych płucach, a kiedy śpiewać
peany i pieśni pochwalne. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podchodzi
jeden z zawodników Wigan Athletics…
To co się wydarzyło potem
pamiętam jak przez mgłę: Buczenie i tupanie, niepohamowana radość, kiedy Łukasz
Fabiański obronił pierwszego karnego, a Mikel Arteta wbił gola dla Arsenalu.
Potem znowu Fabiański, aż w końcu rozstrzygającego gola ma strzelić Santi
Cazorla i robi to perfekcyjnie, ja zbiegam na dół trybuny, zdzieram gardło do
końca(później rano nie będę mógł wymówić słowa) i przybijam piątkę z jednym z
napakowanych kibiców. To jest nasz wieczór. Nie liczy się, jak długo stałem
czekając na wejście na Wembley Station, nie liczy się to, że powrót do domu
znacznie się opóźnił, ani to, że kibice Wigan patrzyli na nas krzywym wzrokiem.
Dla mnie po opuszczeniu trybun liczył się fakt, że to moja drużyna wygrała, a
ja mogłem tryumfalnie odśpiewać „She wore the yellow ribbon”.
Po najwspanialszym meczu
i prawdopodobniej jednym z najpiękniejszych wspomnień mojego życia patrzę w
piłkarską przyszłość trochę optymistyczniej. Ciągle Arsenal nie może
odpuszczać, nas kibiców zapewne ciągle zżerać jak rak będzie niepewność o to,
na którym miejscu zastaniemy naszą drużynę pod koniec maja. Jednak niech nas
wszystkich, wiernych kibiców, podnosi na duchu ujęcie z kamery na Wembley,
które zapadło mi głęboko w pamięć. Leżący na murawie transparent, przepleciony
żółtą wstążką z napisem „Believe”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz