Świąteczne obżarstwo
Nikt się nie uchowa..
Obrazek ten dobrze wszystkim znany: Stół ugina się od świątecznych kiełbas, wypieków i wszystkiego, co nasze zdrożone mamy produkowały w kuchni przed świętami. Potem my siadamy przy tym stole i mówimy sobie: "nie zjem aż tak dużo, tylko żeby tak popróbować, trochę tego, trochę tamtego". A potem nagle, niczym po alkoholowej podróży lądujemy nieznanym sposobem we własnym łóżku, tak i w tym wypadku nagle ni z tego, ni z owego nie jesteśmy w stanie zapiąć paska u spodni.
Gdyby jeszcze kończyło się to tylko na tym, co zostanie podane na stół. Ale nie, jeszcze rodzice przecież podrzucą, niby że jakiś tam "zajączek". Czekolady, słodkie zające, batony i wszytko to, co na liście wytrwałego dietetyka znalazłoby się w indeksie produktów zakazanych. A potem człowiek wystawiony jest na prawdziwą pokusę, silniejszą niż wszystkie inne. Czy jest coś bardziej wystawiającego na próbę, niż samotna tabliczka czekolady leżąca na biurku? Można niemal usłyszeć ten cichy zew, wydobywający się z wnętrza opakowania "Zjedz nas! Zjedz nas!".Ciary przechodzą was po plecach? Mnie też! To co miałem innego zrobić? Musiałem zjeść ten problem!
Wiecie co jest w tym najgorsze? Że z tych wszystkich opinii krążących wśród znajomych, w Internecie i w innych środkach masowego przekazu, uznaję się ten rytuał obżerania za niecny proceder, tępi się go i poniewiera. "Nie jedzcie nic! A najlepiej same płatki owsiane i odtłuszczony jogurcik!". Takie gadanie wywołuje u mnie poczucie winy i od razu sprawia, że patrząc w lustro widzę siebie kilka kilogramów grubszego. A gdybyśmy traktowali to jako radosne urozmaicenie, trzydniowy okres odstresowania jedzeniowego, taki moment zapomnienia o codzienności. Mówcie sobie po prostu jak ja: Teraz się na jem na zapas, a potem sobie odpuszczę- wiecie, złoty środek. Wiem, że to brzmi jak takie usprawiedliwiająca gadka, ale uwierzcie mi, to działa. Bo przecież ile można się obżerać? Ups, poczekajcie, moja kiełbasa się odgrzała...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz