sobota, 24 maja 2014

Perfumy,kwiaty i drogie mydełka- czyli moje przygody przed Dniem Matki

Co jak co, ale facet ma znacznie gorzej, kiedy musi kupować prezenty dla kobiety. Zwłaszcza, jeżeli jest to najważniejsza kobieta w jego życiu...

Kiedy dostałem od siostry zadanie, aby kupić coś na Dzień Matki, nie spodziewałem się, że będzie to takie wyzwanie. Jawiło mi się to raczej jako spokojna wyprawa do Empiku i kupienia jakiejś zbyt drogiej książki o ulubionym zespole mojej rodzicielki, ewentualnie odwiedziny drogerii w celu zakupu jakiś perfumów, albo czegoś w tym rodzaju. O ja głupi i naiwny, niby na liczniku osiemnaście, a w takich sprawach ciągle czuje się jak pięciolatek stojący przed olbrzymią półką w markecie z zadaniem kupienia jednego, konkretnego gatunku mąki. Szkoda, że wszystkie wyglądają tak samo, mają taki sam kolor i podobną cenę.

Wyobraźcie sobie w takim razie moje zakłopotanie, kiedy już dostałem się do  Starego Browaru. I co teraz robić? Dobra, to idziemy sprawdzić tę książkę w Empiku. Pytam się o coś, związanego z Bon Jovi'm. Hmmm, niee, to już chyba mama ma, płyty też już właściwie dawno kurzą się  ustawione na półce. Eee, tutaj nie mam czego szukać, więc wychodzę... wcześniej jednak popatrzę na nowe gry,książki,płyty z muzyką, gazety(O! nowa "Piłka nożna"!) i w ten właśnie sposób stracę prawie dwadzieścia minut cennego czasu. Ale spokojnie, dla mnie zegar nigdy nie tyka zbyt szybko... chyba że akurat jest poniedziałek rano. Do sklepów z damską  odzieżą nie wchodzę, bo mogłoby to wywołać dziwną reakcje ekspedientek, zwłaszcza po ostatnich występach na Eurowizji. Poza tym nie wiem jakie są mamine rozmiary, także mógłbym się jedynie narazić na śmieszność, próbując wytłumaczyć, jakie to właściwie rzeczy moja mama nosi. "No wie pani, takie niezbyt szerokie, ale wąskie też raczej nie". Pięciolatek w markecie- pamiętajcie. A nawet jeśli przypadkiem bym te "elki" i "eski" ogarniał, to moja świnka skarbonka mogłaby paść na zawał na widok ilości zer widniejących na metce. Gucciego i inną Pradę zatem sobie odpuszczam. No to może coś do kuchni... dobra, nie chcę być oskarżany o szowinizm, poddają się także w tej kwestii, zresztą rondelków, patelni i innego gastronomicznego sprzętu mamy od groma. Z tego co pamiętam, to mama ostatnio mówiła coś o jakimś robocie kuchennym, jednak na to życzenie nawet krwawica mojego ojca zawyła z bólu, a to już o czymś świadczy. Skoro nie ubrania i nie droidy kuchenne, to może coś ze sklepu z upominkami? Na urodziny mojego najlepszego kumpla udało mi się tam wyniuchać całkiem ciekawy kubek, to może i tym razem mi się poszczęści... szlag, no gdzie on jest!? No gdzie jest ten sklep!? Sprawdzam jeszcze na mapie, ale faktycznie zniknął, zastąpili go salonem Samsunga. Jak żyć? Idę się najeść...

Konsumując potrawę, złożoną ze zmielonej krowy razem z pastwiskiem, specjalnie zmodyfikowanych, niepsujących się i zdecydowanie zbyt słonych cienkich ziemniaków, oraz warzyw poddanych obróbce genetycznej, w mojej głowie, niczym u Pomysłowego Dobromira, zrodził się pomysł godny szalonego naukowca. Cholera! Mydełka, perfumy i inne kremiki! To prezent idealny na każdą okazję! Oczywiście nie zamierzałem wejść do pierwszej lepszej apteki, bądź drogerii, o nie. Jak już się poświęcać dla mamuni to na całego. Myszkując po drugim piętrze nowej części Starego Browaru udało mi się znaleźć interesujący sklep, handlujący kosmetykami pochodzenia roślinnego. Po konsultacji z bardzo miłą ekspedientką(w ogóle miałem tamtego dnia do osób za kasą, wszystkie się uśmiechały i były przyjemne w odbiorze- widać, że wiosna dobrze wpływa na ludzi) wysupłałem ciężko zarobione na osiemnastkowej imprezie pieniądze i z bólem głowy, ale z radością w sercu zgarnąłem całkiem zgrabny zestawik.

Dobra, ale o czym właściwie miał być ten wpis? No przecież nie o tym, że jestem okropną pierdołą jeżeli chodzi o kupowanie prezentów i tylko czasem mam dość cierpliwości, aby przeryć całe centrum handlowe szukając tego jednego, jedynego upominka. Wiecie, to przecież nie rzeczy materialne powinny być dla nas najważniejsze. Poczytajcie sobie wiersz śp. Tadeusza Różewicz "Walentynki". Zrozumiecie, że nie tylko w przypadku Dnia Matki ograniczyliśmy świętowanie do konsumpcyjnego stylu życia. Ja w tym roku oprócz dania prezentu, szykuje dla mamy coś specjalnego- zamierzam dać jej kompletnie wolny dzień, samemu stanąć przy garach, chwycić mop i okiełznać pralkę oraz żelazko. Nie wiem, jaki będzie tego skutek- może trzeba będzie kupować nowe koszule i zapas Laremidu na tydzień, ale liczy się gest. No i nie ma lepszej zapłaty dla dziecka niż uśmiech dumnej matki. I tym miłym i wcale nie ironicznym akcentem kończę na dziś! Do przeczytania w poniedziałek!

2 komentarze:

  1. Nudy, nudy, nudy. Wszystko co tu napisałeś zostało rozgłoszone przez ówczesnych mężczyzn już wiele lat temu. Znów mam takie samo wrażenie jak za pierwszym razem. "Kurczę czymś tutaj kolokwialnie mówiąc jedzie. Bezużyteczna, może joemonster?" Takich ludzi jak Ty w internecie jest na pęczki. Nie jestesteś taki inny jak Ci się zdaje, wracając do Twoich poprzednich wpisów i podsumowując. To zdecydowanie nie Twój czas i miejsce. Popracuj jeszcze nad pisaniem, twórz do szuflady i przede wszystkim odnajdź swój własny, niepowtarzalny styl. Mam wrażenie, że to właśnie z tym masz największy problem.Proszę nie zrozum mojego komentarza źle. Bardzo cieszę się kiedy spotykam zaangażowanych ludzi w to co lubią robić i doceniam ich wysiłek, ale otwarcie potrafię ich skrytykować by zmienili taką sobie pracę na coś znacznie lepszego. Pogadajmy za jakiś czas. Mam nadzieję, że zaksztuszę się z wrażenia czytając twój następny artykuł.(byle nie pojawił się za szybko, jak to mówią w sporcie Falstart) Ćwicz,ćwicz, ćwicz i powodzenia.
    Sam wiesz raczej kto to.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż, po takim kuble zimnej wody wylanej na rozgrzany pisarski łeb, nie pozostaje nic innego jak zabrać się do tytanicznej pracy. Dziękuje za uzasadnione słowa krytyki i mam nadzieję, że w przyszłości wrażenie po przeczytaniu będzie lepsze...

    OdpowiedzUsuń