Czyli kiedy dowcipy o koncertach Nirvany, Doorsów i Queen w pełnym składzie przestaną być śmieszne.
"Michael Jackson żyje!". Taki nagłówek mógłby ozdobić najnowsze wydanie najbardziej wiarygodnej ze wszystkich polskich gazet czyli "Faktu". W dalszej przeczytalibyśmy o udawanej śmierci artysty w celu zwiększenia swojej popularności, zdjęcia z gali Billboard Music Awards, na których wyraźnie widać szalejącego po scenie króla popu, śpiewającego "Slave to the rhythm" z najnowszej płyty "Xscape". Całość najprawdopodobniej wieńczyłby wywiad z artystą, opisującym traumatyczny okres, w trakcie którego zmuszony był do siedzenia przez pięć lat w trumnie, aby pozostać jak najbardziej wiarygodnym. Po przewróceniu na następną stronę czytamy o tym, że mąż zabił żonę patyczkiem do lodów, bo ta nie wypucowała mu krawata...Zostawiając jednak polskie bulwarówki w spokoju, skupmy się na powrocie zza grobu znanego artysty. Jak sugerował tytuł tego wpisu, tak naprawdę nie mamy tutaj do czynienia z cudownym wskrzeszeniem, podobnym do biblijnego Łazarza. Cud w hali w Las Vegas mógł się wydarzyć tylko przy pomocy interwencji z góry, ale od czego w końcu mamy technologię? Dzięki sprytnej zagrywce z odbijaniem obrazu i wyświetlaniu go na szklanej tafli, mogliśmy zobaczyć niezwykle precyzyjnie przygotowane widowisko. Jak jednak stworzono MJ'a? Banalnie prosto- po prostu nagrano ruchy profesjonalnego tancerza, wiernie naśladującego ruchy króla popu, po czym komputerowo "naklejono" na jego twarz podobiznę Jacksona. Następnie wystarczyło zsynchronizować ruch cyfrowych warg, stworzyć wirtualną scenę, po której wykreowana postać będzie się poruszać, dodać muzykę i presto! Amerykańska publiczność płacze po występach, media szaleją, sprzedaż płyty wzrasta, a ja mam o czym pisać.
Całe nagranie jest dostępne w serwisie YouTube, wystarczy że wpiszecie "Slave to the rhythm". Dyskusje o jakości przygotowanego ostatniego występu(w sumie to się jeszcze okaże) największej gwiazdy muzyki Pop połączmy z rozważaniami na wpływ tego rozwiązania technicznego na przyszłość muzyki. Zadajmy sobie kilka pytań:
Po pierwsze: Czy pójście na koncert Nirvany z Kurtem Cobainem stanie się możliwe? Cóż, tak, ale nie spodziewajcie się cudów. Michael Jackson nie jest pierwszą osobą, która została cyfrowo ożywiona. Ten tytuł przypada pośmiertnie raperowi 2Pacowi, co nie zmienia jednak faktu, że wydarzenie z MJ'em jest bez precedensu. Wracając jednak do cudów: jakość przygotowanego występu jest niesamowita i Michael faktycznie prezentuje się jak żywy, ale tylko i wyłącznie jeśli patrzymy z jednej perspektywy. Podobnie ma się sprawa z niektórymi iluzjami optycznymi, które oszukują nas mózg tylko i wyłącznie jeżeli ustawimy się we właściwej pozycji. Obie rzeczy w pewien sposób się łączą, bo hologram także jest sztuczką optyczną. Nigdy nie będzie to żywy artysta, który będzie w interakcji z uczestnikami koncertu, nigdy nie nagra on nowej płyty, nie wciągnie nikogo na scenę, wreszcie nie skoczy w tłum. Przynajmniej na razie. Pomyślcie, jak szybko technologia się rozwija, skoro to, co kiedyś wydawało się bajką podobną do tych o lotach na Marsa, powoli staję się rzeczywistością.
I wreszcie pytanie drugie: Jaki będzie miało to wpływ na obecną branżę muzyczną? Cóż, jako że nie mam fachowej wiedzy w tym zakresie, nie mogę się posłużyć fachowymi terminami i analogiami, spróbuję zatem ujrzeć w swej kryształowej kuli coś ciekawego i częścią tej wizji podzielić się z wami. Jak myślicie, co będzie, jeżeli komercyjne koncerty tak znanych "gwiazd" jak Madonna, czy Justyś Bieber, połączymy z możliwościami hologramów? Czy już niedługo czeka nas era "wyświetlanych" widowisk? W pierwszej chwili tak właśnie pomyślałem, zaraz jednak zdałem sobie sprawę z jednej bardzo ważnej rzeczy: Konsumenci nie są głupi. Znaczy niektórzy tak, zwłaszcza jeżeli uważają za guru muzycznego wspominanego chłoptasia, ale odpowiedzcie sobie sami- czy jeżeli wydalibyście prawie dwie stówy za bilet na koncert z najwyższej półki, to nie chcielibyście, aby widowisko również takie było? Wiecie, w występach na żywo jest pewien szacunek artysty do ludzi, którzy przyszli go słuchać. Bez nas, maluczkich, to wszystko pozbawione byłoby sensu. Dlatego też najgorszym grzechem zespołu,który daje występ na żywo, jest granie z playbacku- bo pokazują wtedy nam,słuchaczom, środkowy palec- "Nic mnie nie obchodzicie, i tak nagrane piosenki brzmią lepiej. Walcie się!". Na całe szczęście nie spotkałem się jeszcze z takim potraktowaniem i obym nigdy czegoś takiego nie doświadczył.
Kończąc już moje ciut przydługie dywagacje. Myślę, że ten ostatni album i cyfrowy występ można uznać za zwieńczenie kariery cudownego artysty, która nie powinna skończyć się przedawkowaniem leków i śmiercią przed pożegnalną serią koncertów. Nie wiem co powiedziałby na ten temat sam wywoływany do tablicy, myślę jednak, że byłyby zadowolony z efektów, ponieważ wszystkie wydane pośmiertnie płyty są fascynujące i zaskakujące. A hologramy? Nie powinniśmy się bać nowości. Jeżeli tylko technologia na to pozwoli, to może nie tylko znowu będzie szansa powtórzyć fenomenalny koncert zespołu Queen na stadionie Wembley, ale także w jakiś sposób urozmaicić koncerty współczesnych artystów. A jakie są wasze opinie na ten temat? Hologramy to wymysł kapitalistycznego szatana, chcącego rozgrzebać nasze portfele, czy raczej szansa na krok naprzód? Piszcie w komentarzach!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz