poniedziałek, 29 grudnia 2014

"Nagraj to jeszcze raz Peter!"- Recenzja filmu "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii".

Zwieńczenie nowej trylogii Petera Jacksona w iście wybuchowym, hollywoodzkim stylu, z paroma znaczącymi zgrzytami.
Fabuła zaczyna się w momencie, w którym w wyjątkowo perfidny sposób skończyła się poprzednia część. Smok Smaug, wkurzony jak polonistka sprawdzająca próbne matury, leci w stronę miasta Dal, które całkiem niedawno przyjęło wesołą ekipę krasnoludów idących w stronę Samotnej Góry. Olbrzymi gad łaknie zemsty na tych, którzy umożliwili dostanie się do jego legowiska. Smok to dosyć gorące zwierze, nie zna pojęcia zimnej zemsty, więc temperatura akcji osiągnie poziom wrzenia. Na całe szczęście miasto ma swojego obrońcę w postaci Barda, który pokonuje smoka(w jaki sposób to już odkryjcie sami) i staję się, chcąc lub nie, bohaterem. Skoro zwłoki strażnika krasnoludzkich skarbów stygną w Anduinie, to pokusa by uszczknąć coś dla siebie rośnie z każdą sekundą. Bogactwa Samotnej Góry mogliśmy ujrzeć już w poprzedniej części. Bezkresne morze złotych monet, diamentów i różnego rodzaju wartościowych świecidełek Wszystkie ludy Śródziemia na myśl o tym wszystkim ślinka aż cieknie, więc zanim zdążylibyście powiedzieć "Bilbo Baggins", pod wrotami już kłębią się  elfowie, ludzie i inni. Zamroczeni złotem zdają się jednak nie dostrzegać zła, które również ma ochotę na swój kawałek złotego tortu. To wszystko musi skończyć się bitwą. Bitwą Pięciu Armii.

Tyle się naopowiadałem o tym złocie, klejnotach i innych. Nie da się ukryć, to temat chciwości jest główną osią zła w tej części serii. Widz nie jest przerażony perspektywą powrotu do Śródziemia władcy zła Saurona i jego kroczącej armii.Serce mrozi nam szaleństwo, które wdarło się w duszę Thorina Dębowej Tarczy i zaślepia jego wzrok złotym blaskiem.Krasnolud coraz bardziej zaczyna przypominać swojego dziadka, który sprowadził katastrofę na cały krasnoludzki lud i doprowadził go do wygnania. Teraz Thorin wobec nieskończonych bogactw będzie musiał wybrać, co jest dla niego ważniejsze. Czy honor i lojalność są mniej warte od góry złota? Z tego wszystkiego rodzi się całkiem ciekawa alegoria dzisiejszej rzeczywistości. Tolkien najwyraźniej objawy wszechobecnego materializmu dostrzegał już w swoich czasach i dzisiaj, pomimo upływu czasu, przesłanie książki wciąż pozostaje aktualne. Przed licznymi dylematami staje także niziołek, Bilbo Baggins, który jako jedyny zdaje się patrzeć na sytuację trzeźwym okiem. Czy ma pozostać wierny spadającemu w otchłań Thorinowi, czy może słuchać tego, co podpowiada mu serce?

Wszystko to wydaję się być wspaniale nakreślonym fundamentem do kolejnej epickiej przygody, a zarazem daje okazję do bardziej mrocznego klimatu. Co więcej, Peter Jackson mógł również pokusić się o jakąś nutkę dydaktyzmu. Jednak po mniej więcej 1/3 czasu film staję się jedną, wielką sekwencją bitweno-pojedynkową, w której poszczególne armie/bohaterowie, toczą między sobą śmiertelny bój.. Z jednej strony podoba mi się to. Nie ma drugiego takiego reżysera , który w tak emocjonujący sposób pokazałby starcia ogromnych armii! Co może dziwić, bo przecież od premiery trylogii "Władcy Pierścieni", która położyła kamień węgielny do epickich, kinowych scen batalistycznych, minęło sporo czasu, a nie zdarzyło się, bym od tamtego czasu zobaczył na srebrnym ekranie coś równie pompującego adrenalinę w trakcie trwania seansu. Chyba tylko futurystyczna bitwa z "Avatara" w jakiś sposób zbliżyła się do tego poziomu. Wracając do meritum. Gigantyczne starcie ma wszelkie znamiona epickości: Szerokie kadrowanie, ukazujące całe pole bitwy, zbliżenia podkreślające chaos toczącego się starcia, pompatyczna muzyka, cudowna, niepowtarzalna choreografia. Nie wiadomo, na czym oko zawiesić, na pojedynczych popisach bohaterów pierwszego planu, na szczegółach z tyłu czy na wszystkim innym. I to jest zarazem największą wadą tego filmu. Przez to, że całość fabuły to praktycznie jedna wielka bitwa, uległem wrażeniu, że wykastrowano tę bitwę z jakiejś esencji. W filmie nie doświadczymy tak zapadających w pamięć momentów jak wysadzenie muru Helmowego Jaru, czy też szarży Rohirrimów na polach Pellenoru. Batalia jest fantastyczna, nie da się ukryć, jednak po wyjściu z kina i teraz, gdy siedzę i piszę ten tekst, nie potrafię przypomnieć sobie tego jednego momentu, który nie pozwoliłbym mi zasnąć i kazałby mi natychmiast kupić film po premierze płytowej. Z filmu wyleciały też wszystkie elementy przygodowe, tak charakterystyczne dla poprzednich części.

 Wiele wątków zostało spłyconych. Miłosna opowieść o zakazanym mezaliansie elfki i krasnoluda zostaję zepchnięta na drugi plan i szczerze powiedziawszy nie zostaję zamknięta w jakiś wyjątkowo przejmujący sposób, no chyba że ma się 15 lat i każda łzawa historia wzbudza w nas szybsze bicie serca. Wracający Sauron tak szybko jak się pojawia zostaje przegnany, a niektóre postacie pojawiają się na ekranie wyłącznie po to, aby pomachać mieczem, powiedzieć kilka zdań i zniknąć(Hi, Elrond!). Trochę to przykre, zwłaszcza, że film jest prawdopodobnie najkrótszą historią ze wszystkich opowieści o Śródziemiu, trwającą nieco ponad dwie godziny(144 minuty). Skoro Peter Jackson przyzwyczaił już widownie do seansów trwających dłużej niż nudne imieniny u cioci, to czemu nie pozwolił na wydłużenie kilku wątków i pogłębienie warstwy merytorycznej? Widocznie taka była jego decyzja, może współczesny widz nie może usiedzieć tak długo w kinie, a może po prostu ta część nie miała w sobie takiego magnetyzmu jak poprzednie i nie byłaby w stanie wstrzymywać u widzów oddech, tylko powodować głębokie ziewnięcia.A wystarczyło przecież zamiast tworzyć przydługiej trylogii zrobić dwa filmy. Wtedy wszystkie wątki elegancko by do siebie pasowały, wszystko miałoby swoją dynamikę no i widz byłby bardziej zadowolony. No ale cóż, pieniądz musi się zgadzać.

Do innych aspektów nie można się w najmniejszym stopniu przyczepić. Muzyka jest cudowna jak zawsze, patetyczna i doskonale oddająca wydarzenia na ekranie. Efekty specjalne wywracają gałki oczne na lewą stronę i powodują, że pragnie się zobaczyć tego więcej. Humor, choć w mniejszych ilościach, również od czasu do czasu się pojawia i raczej trzyma dosyć stabilny poziom. Niektórych mogą drażnić pewne nierealistyczne sceny, sprzeczne z zasadami fizyki i biologii, ale w takich chwilach trzeba sobie pomyśleć, że to jednak nie jest nasz świat i może się on rządzić innymi prawami niż ludzkie uniwersum.

Podsumowując ostatnia część trylogii Hobbita to raczej godne zwieńczenie serii. Nie jest to tak dobra opowieść jak ta zaserwowana przy "Pustkowiach Smauga", ale jest na pewno lepsza, niż pierwsza odsłona. To idealny film dla tych, którzy po odejściu od wigilijnego stołu pragną zrelaksować się przy dobrych scenach akcji i trochę zbyt patetycznych dialogach. Film do obejrzenia, polubienia i odłożenia na półkę. A jakie jest wasze zdanie na temat filmu? Piszcie w komentarzach!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz